Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2007, część II

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Jacek Dehnel, "Lala", 14.03.2007
  • Aleksander Sołżenicyn "Oddział chorych na raka", 1.04.2007
  • Neil Gaiman, "Nigdziebądź", 13.04.2007
  • Zbigniew Masternak, "Niech żyje wolność", 2.05.2007
  • Terry Pratchett, "Prawda", 15.06.2007
  • Andrzej Bobkowski, "Zmierzch", 26.06.2007
  • Orhan Pamuk, "Nazywam się Czerwień", 26.07.2007
  • Mariusz Wilk, "Wołoka", 13.09.2007

Chrońmy Lale

 [Jacek Dehnel, Lala]

14 marca 2007, blog "Ja, woy"

Tę książkę warto przeczytać dla samego języka. Naturalnym zjawiskiem jest, że młodym pisarzom w warstwie technicznej więcej się wybacza, a przynajmniej tak wiele od nich nie oczekuje. Sprawność pióra przychodzi z wiekiem, z rutyną. I otóż jest facet, młodszy od mojej córki, który pisze tak, że wpadam w niemy zachwyt, a potem wszystkie różne moje kwieciste akapity i strzeliste metafory wydają mi się płaskie i mdłe, i diabła warte, choćbym nie wiem jak się intelektualnie naprężał. Kurna, pisać mi się odechciewa, z zawiści samej. Bo gdzie mi do takiej delikatności, subtelności - i dojrzałości przy tym - słowa?

W ostatnim roku sporo czytałem polskiej młodej prozy. Tak się jakoś złożyło, umartwiać mi się zachciało. Gdy teraz czytałem "Lalę", kilka razy zerkałem do notki o autorze, czy on aby na pewno rocznik '80, czy mi się cyferki nie plączą. To jest człowiek z innej literackiej epoki, z innego pisarskiego świata. Można być dojrzałym pisarzem w wieku lat 27? Wbrew różnym Masłowskim, Dzidom, Shutym i całej tej literackiej młodocianej menażerii, okazuje się, że można. Jacek Dehnel nie jest, proszę państwa, młodym obiecującym pisarzem. Jacek Dehnel jest pisarzem.

A przecież "Lala" to nie tylko język. Ten język, to tylko narzędzie do malowania świata. Świata z czasów, gdy był młody. Z czasów, które te nasze coraz już starsze babcie wspominają, wcielając się mimowolnie w rolę żywych podręczników mikrohistorii, tej historii najbliższej, bo wprost odniesionej do nas ze zdjęć w starych, poniszczonych albumach - sepiowych zdjęć ludzi pozornie obcych, a przecież w słowach babć, okazuje się, jakby nas samych.

Historia się przerwała. Strasznie dużo rodzin musi pisać ją na nowo, bo więź emocjonalna z czasami z wyblakłych fotografii zaginęła wraz z rodzinnymi stronami, z sąsiadami, z krewnymi, których przecież tylu być powinno. Taka babcia Lala to skarb nieoceniony, zbyt wiele babć Lal nie miało okazji do utrzymania łączności między światem tamtym a tym. Historie rodzin piszą się od początku. "Teraz sam jestem dziadkiem...", jak w reklamie Werter's Original. Jesteś dziadkiem, albo nim będziesz i to Twój świat będzie młodym światem do wspominania. Dobre i to.

Piękna książka, pięknie napisana. Oczywiście niewolna od wad, o których na koniec dla porządku wspomnę. Gdy mając do końca około stu stron rozmawiałem o niej z przyjaciółmi, wydawało mi się, że wreszcie bez obiekcji będę mógł postawić szóstkę. Okazało się jednak, że niestety nie. Może to brak rutyny dał w końcu znać o sobie, może coś innego - autor nie utrzymał tempa i klimatu, który sam zbudował. Właśnie te ostatnie sto stron, gdzie zamiast babci Lali na bohatera kreuje się sam autor i obowiązkowo pobłyszczeć musi erudycją, popsuło mi to wszystko, co zbudowało się wcześniej. Na szczęście na sam koniec przyszło opamiętanie i zakończenie znów jest takie, jak wcześniejsze trzy ćwierci książki: klimatyczne, nostalgiczne, sepiowe. Całe szczęście, choć z idealnej szóstki zrobiła się tylko bardzo dobra piątka. Kwalifikuję to jako potknięcie i w mojej bezbrzeżnej czytelniczej łaskawości wybaczam. Panie Jacku, proszę mi tego więcej nie robić. Pan jest erudytą, to widać samo przez się, nie musi Pan tego na siłę udowadniać. Żeby mi to było ostatni raz.

do góry

Jak się rzeczywistość w fantastykę zmieniła

[Aleksander Sołżenicyn, Oddział chorych na raka]

01 kwietnia 2007, blog "Ja, woy"

Każdy, nawet początkujący pisarz dziś wie, że głównym narzędziem marketingowego oddziaływania na czytelnika jest tytuł. Tytuł ma wabić, intrygować, zachęcać. Dobry tytuł, taki prowokujący do wzięcia książki do ręki, to pierwszy stopień do sukcesu. To dziś prawda oczywista.

Taka oczywista ona jednak zawsze nie była. Bardzo dobrze to widać po "Oddziale chorych na raka" Sołżenicyna. Zachęcanie? Po co, skoro w wolnym świecie kupowało się z powodu nazwiska i legendy otaczającej autora? Po co, skoro tam, gdzie mogłoby zachęcać, w ogóle wydać nie było można?

To wszystko prawda i prawdą było przez dziesiątki lat, jakie minęły od dnia napisania tej książki. Jednak czasy się zmieniły, rola pisarza, zwłaszcza samoizdatowego, też. Dziś ten tytuł odstrasza. Tak przynajmniej było ze mną. "Oddział chorych na raka" stał u mnie na półce od prawie 3 lat. Stał z samego brzegu, tak, że gdy rano otwierałem oczy, widziałem go od razu. Stał i straszył. Mimo że bardzo mnie kusiło, zwyczajnie się bałem. Bałem się tematyki, bałem się nawału ludzkiego nieszczęścia, ogromu naturalistycznej, zgrzebnej tragedii, jakie przewidywałem tam napotkać. Bałem się tym bardziej, że trochę mnie życie w tej dziedzinie doświadczyło. W końcu, gdy odpowiednio dojrzałem, a i wstyd mi było dłużej odkładać, otworzyłem. Okazało się, że się bałem niepotrzebnie.

"Oddział chorych na raka" nie jest książką o chorych na raka. A przynajmniej zasadniczo nie jest. To jest książka alegoryczna. To książka o Związku Radzieckim z czasów upadku kultu Stalina, a jeszcze bardziej to książka o ludziach, o ich szczęściu i nieszczęściu, o nadziei i beznadziei, o miłości wreszcie. Istniejących zawsze, niezależnie od nędzy i duchoty wokół. Choroba to tylko pretekst, to uwypuklający kontrapunkt. Sołżenicyn uniknął łatwego epatowania nieszczęściem, mimo że z każdej strony wyłania się tam upadlająca nędza losu beznadziejnie chorych. Ale "Oddział..." jest przede wszystkim realistyczną fotografią przebrzmiałego imperium, wtedy w fazie rozkwitu, fotografią, jakich nie za wiele o tym stopniu szczegółowości i wierności realiom się zachowało.

Zastanawiałem się, czytając, jak taką książkę odbiera dzisiejszy nastolatek. Bo ja przecież pamiętam. Mnie się tam echa z reala co i rusz odzywają, choć przecież u nas to ani w połowie nie było tak, tego etapu rozwoju szczęśliwości powszechnej nie zdążyliśmy osiągnąć, niewdzięcznicy. Byłabyż to dla młodych odmiana Orwella? Politfantastyka jakaś przeraźliwa? Bajanie nie do uwierzenia? Swoją drogą szczęśliwy pisarz, który dożyje sprowadzenia opisanego realizmu do poziomu historycznej bajdy. Szczęśliwy Sołżenicyn, a ja z nim.

Nie będę polecać zbyt nachalnie, bo pewnie wszyscy już czytali. Gdyby jednak nie, a moje skromne zdanie coś dla nich znaczyło - warto. Bardziej warto, niż myślałem.

do góry


Backup wskazany

[Neil Gaiman, Nigdziebądź]

13 kwietnia 2007, blog "Ja, woy"


Moje czytanie Gaimana to efekt biblionetkowych polecanek. Muszę przyznać, że zostałem trafiony celnie. Z każdą książką Gaiman podoba mi się bardziej, a "Nigdziebądź" trafiła mi w gust tak wysoko, że teraz boję się trochę, co będzie dalej - czy mój zachwyt nie sięgnie do sąsiadów nade mną. To może się źle skończyć, bo oni należą do jakiejś religijnej mniejszości i wolny czas spędzają głównie na śpiewaniu pobożnych psalmów. Obawiam się, że fantasy, zwłaszcza z wydaniu Gaimana, mogłaby naruszyć ich przekonania i konflikt światopoglądowy gotowy. Dlatego muszę zachwycać się ostrożniej i już wznosić się na fali peanów wyżej nie powinienem.

Wygłupiam się nie bez powodu. Gaiman otóż w swoim pisaniu jest strasznie dwoisty. Z jednej strony ma cudowny dystans do tego, co pisze, przymrużenie oka może nie tak nachalne i oczywiste jak na przykład Pratchett, śmiechu od ucha do ucha nie wywołuje, a jednak w każdym akapicie człowiek czuje, że go autor wzywa do wspólnej zabawy w umowność, aż do granic pastiszu. Z drugiej strony - światy konstruowane przez niego są przekonujące, konstrukcja relacji i mechanizmów ich działania wiarygodna, a fabuła spójna i traktująca czytelnika na serio. Żeby więc napisać o Gaimanie wiarygodny tekst, należy pisać poważnie, ale z przytupem.

"Nigdziebądź" to jest horrorowata urban fantasy. Przy czym ta jej horrorowatość jest z gatunku mało strasznych, głównie z tego powodu, że, jak pisałem wcześniej, nie jest na serio. Kapitalną zaletą tej książki jest to, że Gaiman urwał się ze smyczy obowiązkowego w fantasy kanonu. Tu nie ma śladu po czarodziejach, smokach czy elfach. Menażeria Gaimana to dziwni ludzie-nieludzie, monstrualna zdziczała świnia, szczury, ciemność, metro, zmaterializowany Ptasiek i anioł. A, i zbackupowany markiz versus para ponadczasowych morderców do wynajęcia, mających w referencjach spalenie Troi. W to wszystko niechcąco wrzucony jeden zagubiony, pragnący wrócić ze świata Londynu Pod do swojego zwykłego Londynu, za swoje biurko i do swojej mieszczańskiej narzeczonej, przypadkowy, ciamajdowaty bohater.

Na ostatniej stronie okładki, jak to dziś jest w zwyczaju, wypisane są zachwyty i hagiograficzne cytaty z różnych recenzji. Jak zwykle królują tam przymiotniki typu: wyjątkowa, oryginalna, nadzwyczajna... Zazwyczaj mają się te piarowskie zabiegi do rzeczywistości jak tradycyjna pięść do tradycyjnego nosa. Więcej nawet - mam czasem wrażenie, że im są liczniejsze i im bardziej wniebowzięte, tym tekst, do którego się odnoszą, gorszy. Tym razem jednak, wyjątkowo, byłbym skłonny zgodzić się z większością z nich. "Nigdziebądź" to rzeczywiście niezwykła pozycja w kanonie fantasy. Przynajmniej moim.

No, i jeszcze raz zostało jasno pokazane, jak bardzo wskazane jest robić backupy. Szczególnie, jeśli są z życia.

do góry

[Zbigniew Masternak, Niech żyje wolność]

2 maja 2007, pl.rec.ksiazki

Swego czasu wypsnęło mi się, że lubię rozmaite gwary i w ogóle regionalizm w literaturze. No i metoda "uderz w stół" zadziałała. Dobre dusze zatroszczyły się, żebym kolejną pozycję z kręgu moich etnograficzno-folklorystycznych zainteresowań poznał i mi "Niech żyje wolność" Zbigniewa Masternaka podesłały. Pozycja to dla mnie tym ważniejsza, że dotycząca rejonu, o którym wiem niewiele, mimo że to przecież samo sedno i jądro. Wychodzi, że w moim przypadku Jądro Ciemności leży w Górach Świętokrzyskich.

Zapoznałem się więc. I chyba na tym należałoby skończyć omawianie tej książki. Ale napiszę jeszcze trochę, żeby mnie nie posądzono o próbę wyłudzenia następnej książki z Merlina za darmo.

"Niech żyje wolność" to zbiór opowiadań opartych na wspólnej scenerii, czasie i bohaterach, takich anegdotek złożonych w jedną historię, ale zbyt słabo powiązaną jedną linią fabularną, by nazwać to powieścią. Używając porównań wizualnych - wyleciał wam kiedyś z ręki album ze zdjęciami z wycieczki? No to podłoga po czymś takim wygląda tak samo, jak zawartość książki Masternaka. Bezładnie porozrzucane różne fotografie okolicznościowe. Jedne ładniejsze, inne mniej. Poza wspólnym tematem łączy je jeszcze jedno: bardziej lub mniej amatorski poziom wykonania.

Zabrzmiało to może okrutnie dla autora, ale niestety takie odniosłem z lektury wrażenie. "Niech żyje wolność" to jest debiut Zbigniewa Masternaka i to widać. Owszem, w warstwie socjologicznej czy też, bym rzekł, "klimatycznej", jest w tej książce to coś, co sprawia, że nie rzuca się jej ze zniechęceniem w połowie, tylko czyta do ostatniej strony. Postacie są autentyczne, sceny są autentyczne, wieś kielecka autentyczna, główny bohater też. Co jest więc nie tak? Otóż dobra książka powinna być jeszcze zajmująco napisana. Opowiadania powinny mieć puenty, wątki powinny posiadać jakąś dramaturgię, a książka jako całość - jakąś myśl przewodnią. A "Niech żyje wolność" jest jedynie zbiorem bezładnych, statycznych obrazków rodzajowych. Co z tego, że autentycznych? Oprócz autentyzmu i wiarygodności do elementarza każdego literata należy znajomość podstaw budowania suspensu i fabularnego napięcia. A pod tym względem dzieło Masternaka straszną amatorszczyzną trąci.

Na ostatniej stronie okładki w jednym z fragmentów recenzji Grzegorz Musiał napisał: "(...) Te opowieści wciągają, wzruszają albo po prostu bawią do rozpuku. Nie zdziwię się, jeśli rzucą się na nie scenarzyści i filmowcy". Hm. Z tym wzruszeniem i rozpukiem recenzent troszkę przesadził, ale jeśli filmowcy się rzucą, to się nie zdziwię. Małoż to gniotów z życia prostego ludu przewaliło się przez ekrany? Niektóre
nawet miały być w założeniu śmieszne i wzruszające.

I jeszcze jedno, zupełnie na marginesie: coś nie mam szczęścia do książek, które poleca Henryk Bereza.

do góry

[Terry Pratchett, Prawda]

 
15 czerwca 2007, pl.rec.ksiazki

"It's a robbery..."
"I know..."
"Don't harm me... I have two kids... or something..."
Znacie tę reklamę? Jak nie znacie, to poczytajcie "Prawdę". Coś z tego klimatu: znowu fajny film... or something..., cały czas mnie podczas czytania prześladowało. Niby fajny, niby Pratchett, ale: "...or whatever...". Jakby Pratchett sam nie miał przekonania, że pisze dobrą książkę. Rutyna?

To jest historia o powstaniu prasy w Świecie Dysku. Strasznie łopatologiczna. Gdzieś mi się zapodziała Pratchettowska finezja żartu, gra słowami, przerysowani z wdziękiem bohaterowie. To znaczy owszem, przerysowani są, ale gdzież wdzięk?

Z przykrością piszę te [przeczytane], dlatego nie będą długie. To w sumie nie jest zła książka, nawet fajnie się czyta, tylko taka przewidywalna, taka powtórzona. Nowe postaci jak z papieru, ledwie ruszone, starych bohaterów Pratchettowi nie chciało się ubierać w jakieś krwiste sytuacje i gagi... A, co się będę rozpisywał, skoro mi jakoś tak: "...or whatever..."

Do tego wszystkiego dochodzą faule techniczne. Duzy zawód sprawił mi autor, zrzynając archetypy dwóch zabójców od kumpla po piórze. Kto czytał, jak ja, w krótkim odstępie "Nigdziebądź" Gaimana i tę oto "Prawdę", wie, o czym mówię. Panowie Szpila i Tulipan to żywe kalki panów: Croupa i Vandemara. Zachodzę w głowę, po co Pratchett to zrobił. Celowo i świadomie? Nic na to w tekście nie wskazuje, żadnej myśli w takim zabiegu nie widzę. Przyznaję, że po raz pierwszy nie czuję pomysłu mistrza. Bo że zerżnął tak zwyczajnie...? Nie chce mi się wierzyć.

Drugi faul jest bardziej prostacki, tyle, że nie wiem, czyjej on produkcji: autora, czy tłumacza. Tak czy siak, panowie współtwórcy "Prawdy": greps o jesieni średniowiecza jako stanie docelowym tylnej części ciała naszego wroga jest grepsem jednorazowego użytku. Drugi raz nie śmieszy, nawet jeśli miał być świadomym odnośnikiem do pierwowzoru (a co do tego też pewności nie mam, bo jakieś te aluzje mało przekonujące i zbyt dosłowne, normalnie łopatą przez łeb), nawet gdy się sprecyzuje dokładnie geografię występowania poszczególnych faz owej jesieni.

No i faul trzeci, może nie dla wszystkich czytelny, ale dla mnie tak i pewnie dla wielu czytelnikow z tzw. określonych kół. Ten już w całości szanownemu Tłumaczowi przypisuję. Znane skądinąd "skłonności analnoretentywne" mus było umieścić w tekście, co? :)

W sumie mam świadomość, że mogę sobie tu wypisywać, co chcę, a pratchettofile i tak się nie zrażą i jeszcze pewnie obsobaczą mnie od ostatnich. Ale co tam. Mnie, jako zdeklarowanemu wielbicielowi, wolno czasem powybrzydzać.

do góry

Remanent w pawlaczu

[Andrzej Bobkowski, Zmierzch]

 
26 czerwca 2007, blog "Ja, woy"

Jeśli ktoś czytał "Szkice piórkiem" i podobały mu się - "Zmierzch" spodoba mu się na pewno. Jeśli komuś podobały się "Szkice piórkiem", ale narzekał na obszerność - "Zmierzch" spodoba mu się tym bardziej. Jest to bowiem książka tyleż urodziwa, co cienka. Na dodatek złożona z krótkich opowiadań i początku powieści, więc elementy stanowiące zamkniętą całość są jeszcze krótsze. Wbrew pozorom jest to argument niebłahy. Andrzej Bobkowski pisze pięknie. Jest mistrzem plastycznego pióra, jego klimaty, jego krajobrazy i jego ludzie żyją naprawdę. I to najlepiej sprawdza mu się w krótkich formach.

Opowiadania Bobkowskiego są o tym samym, o czym są "Szkice". O Polaku rzuconym w emigracyjne bezdroża: Francji, Gwatemali... Te gwatemalskie zwłaszcza reminiscencje warte są uwagi, tak z powodu ich dotykalnej niemal egzotyki, jak prawdziwości intelektualnych emocji, które towarzyszą autorowi i jego bohaterom. I nawet za bardzo nie razi pewna ich archaiczność zarówno w sferze tematu, jak języka. To taka trochę ramotka, pisarstwo polskie jest już w innym miejscu i trudno jest przecierać sobie szlaki do masowego czytelnika tekstami sprzed pół wieku. Warto to jednak pominąć w odkrywaniu Bobkowskiego, bo jako pisarz dawno powinien zajmować miejsce, które dopiero teraz z trudem zdobywa.

"Zmierzch" ma jeszcze jedną wadę, o której wspomnę, podkreślając ponownie, że książka bardzo mi się podobała i jeśli wybrzydzam, to z przyzwyczajenia. Sprawiła bowiem ona na mnie wrażenie remanentu, takiego pozamiatania resztek i zapakowania w marketingowe pudełko. Ja wiem, że Bobkowski napisał mało, że życia mu nie starczyło na pełniejsze błyśnięcie talentem. Ale "Zmierzch" to jest książka wyciskająca twórczość autora niczym cytrynę: już chyba nic więcej w pawlaczu autora znaleźć nie można, chyba że rachunki z pralni.

do góry

Obcość

[Orhan Pamuk, Nazywam się Czerwień]


26 lipca 2007, blog "Ja, woy"

Właściwie to nie wiem, co myśleć o tej książce. W zasadzie mi się podobała. Ja lubię książki pisane językiem plastycznym, malarskim, takim, który pozwala na łatwe stworzenie sobie w wyobraźni opisywanego świata i fabuły. I Orhan Pamuk tak pisze. A jednak, mimo że wyobraźnia mi pracowała, że od strony formalnej też przyczepić się nie mam do czego, a pomysł ze zmianą perspektywy oglądu i wcielania się co chwila w inną postać (mówiąc umownie) bardzo mi się spodobał, "Nazywam się Czerwień" nie jest książką, do której będę wracał.

Zastanawiałem się dlaczego. Bo to nie jest konstatacja wynikająca z jakiegoś mojego głębokiego przemyślenia, z jakichś analiz i wyciągniętych na ich podstawie wniosków. To jest reakcja odruchowa, instynktowna. Ta powieść mnie ustawia odruchowo z boku. Wydaje mi się, że chodzi o rodzaj wrażliwości. Nie mojej indywidualnie ani osobiście Pamuka, tylko jakiejś formy wrażliwości zbiorowej, wynikającej z uwarunkowań kulturowych. To jest bowiem książka o sztuce. O malarstwie, konkretnie. O kalekiej formie malarstwa, jaką dopuszcza islam (a zwłaszcza dopuszczał w XVI wieku, bo wtedy dzieje się akcja książki), czyli zdobnictwie tekstów, mówiąc w uproszczeniu. O tym, jak na skutek ograniczeń religijnych odwieczne ludzkie pragnienie wyobrażania świata poprzez rysunek skarlało do wielokrotnego, nieskończonego kopiowania i przenoszenia w zniuansowanych jedynie wariantach tych samych, wyidealizowanych symboli rzeczy, i jak w to odczłowieczone kopiowanie wkrada się jednak potrzeba przedstawiania prawdziwego świata.

Ja po tej książce trochę lepiej rozumiem, na czym polega różnica kultur pomiędzy chrześcijaństwem i islamem. Czuję to na sobie. Jako typowy przedstawiciel tej kultury, która wykształciła społeczeństwa europejskie, nie potrafię do końca wczuć się i przeżyć, ani nawet docenić wagi intelektualnych erupcji i rozdarć duszy na temat kształtu nozdrzy wierzchowca Chosrowa czy subtelniej niż zwykle zarysowanej kreski w gałęzi, po której onże Chosrow wspinał się, aby podglądać ukochaną Szirin w kąpieli. To nie mój poziom wzruszeń, czuję się, jakbym od innej małpy pochodził.

Dlatego, owszem, książkę przeczytałem, nie żałuję, wciągnęła mnie i pokazała trochę nieznanego mi świata. Paradoksalnie lepiej teraz rozumiem, nie, nie muzułmanów, raczej różnice, jakie nas dzielą. Kiedyś dyskutowałem z wykształconym Egipcjaninem na temat dżihadu i bardzo mnie ubawiła jego interpretacja tego określenia. Stwierdził on bowiem, że dżihad wcale nie niesie w sobie nakazu zabijania niewiernych. Dżihad jest przejawem miłosierdzia, bowiem nakazuje wiernym najpierw niewiernych przekonywać, namawiać, ukazywać, że błądzą. Dopiero gdy to nie przyniesie skutku, można w łeb. Tak mówił ów Egipcjanin, a ja myślałem sobie w duchu: ot, prymitywna religia, bez zrozumienia pojęcia "humanizm". A to nie o to w tym chodzi. Islam stworzył innego człowieka, o innym systemie wartości. I Pamuk w swojej książce to pokazuje, w jednym małym wycinku, jakim jest stosunek do sztuki. Zajrzałem więc za tę kurtynę, która nas dzieli i więcej nie chcę. Jest tyle rzeczy do czytania, które rozumiem i których przesłanie akceptuję.

do góry

Rosyjski sequel

[Mariusz Wilk, Wołoka]

13 września 2007, blog "Ja, woy"

Zacznę siekierą: rozczarowałem się. Po książce nagradzanej, wychwalanej, również tu, spodziewałem się więcej. Spodziewałem się świeżości, nowego, odkrywczej fascynacji... A tu: sequel. Tak właśnie - sequel. Moje bowiem rozczarowanie bierze się stąd, że zanim zabrałem się za "Wołokę" zacząłem, biedny i głupi, czytać Wilka chronologicznie, czyli od "Wilczego notesu". "Wilczy notes" mnie urzekł, zwłaszcza od połowy, gdy już autor różne plany ponakreślał i dołożył złośliwie, komu miał dołożyć. A "Wołoka"... No cóż, "Wołoka" to nawet nie ciąg dalszy, to raczej ten sam strumień tekstu, w podobnym układzie, z identyczną dramaturgią, ze szczypaniem adwersarzy na początku włącznie. Sequel.

Znów jesteśmy w Rosji, do rozumienia której autor przypisuje sobie wyłączność, co niech mu będzie na zdrowie, bo rzeczywiście dla kogoś, kto Rosji nie zna lub nie przeczuwa, wizerunek zaprezentowany w książkach Wilka może być odkryciem i niespodzianką. Tym razem więcej mamy lądu, bowiem poprzednia książka Wilka umiejscowiona była w całości na Wyspach Sołowieckich i ścisłym wybrzeżu Morza Białego, przez co z natury obraz był skondensowany, zagęszczony w granicach archipelagu, ważnego historycznie, ale obszarowo nieimponującego. Tu jest luźniej i może przez to nie tak wyraziście, choć zgodnie z definicją autora penetrujemy Rosję w pigułce, jaką jest północna jej część wokół wybrzeży Morza Białego i słynnych, północnych wielkich jezior. To jest definicja przekonująca, rzeczywiście, gdyby tak rozcieńczyć rosyjską Północ normalnością, to pewnie dostałoby się Rosję we właściwym stężeniu. To jest fascynująco odmienny, a jednocześnie jakoś bliski nam kulturowo, w tym pierwotnym, historycznym znaczeniu, klimat. Bardzo tu czuć, że my z jednej z Rosjanami pramatki, chociaż katolicyzm i wpływy Europy łacińsko-germańskiej trochę nas z tego kręgu wyrwały. To, co dla Niemca, Anglika czy Włocha jest niezrozumiałą egzotyką, dla nas, owszem, to też egzotyka, ale zrozumiała i trochę taka, jak świat odkrywany w wykopaliskach Gniezna.

Tak o Rosji pisze Wilk, autor w ten kraj wrośnięty i rozumiejący go doskonale. Szkoda tylko, że tej konkretnej książce, "Wołoce", brakuje świeżości, którą dostałem w "Wilczym notesie". Może faktycznie lepiej jest zaczynać od "Wołoki", "Notes" zostawiając sobie na potem, jako ciekawostkę w ramach odkrywania początków romansu autora z Rosją? Może wtedy "Wołoka" zachwyca bardziej?

I na koniec jeszcze uszczypnę. Jest w twórczości Wilka skłonność do zachowań, które mnie niesmaczą. Jak wcześniej wspomniałem, przypisuje sobie autor wyłączność na rozumienie Rosji, co mu się objawia lekceważącym i brzydkim traktowaniem innych autorów, próbujących się z tym tematem zmierzyć. Ja jestem w stanie zrozumieć, że wrośnięcie w tamtą kulturę, połączone z intelektualnym wsparciem przez luminarzy z paryskiej "Kultury", może dawać pewność siebie i świadomość własnej wartości. Ale mistrzem pióra nie zostaje się na skutek znajomości z Jerzym Giedroyciem, tylko z powodu obiektywnej wartości tekstów, które się pisze. I Mariusz Wilk jeszcze się na szczyt tego literackiego panteonu nie wdrapał, ani nawet nie jest tak wysoko, by o twórczości innych wyrażać się z taką ironią i lekceważeniem. Bo paru z tych wyszydzonych innych na schodach do wspomnianego panteonu jest już jednak trochę wyżej, i to z wymienionych przeze mnie, obiektywnych powodów.

do góry

Powrót do strony głównej



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.