Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2007, część I

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Neal Stephenson, "Żywe srebro", 4.01.2007
  • Guy Gavriel Kay "Ostatnie promienie słońca", 9.01.2007
  • "Niech żyje Polska, hura!" t.1 - antologia, 16.01.2007
  • Stephen King, "Czarnoksiężnik i kryształ", 18.02.2007
  • Neil Gaiman, "Gwiezdny pył", 24.02.2007
  • Juan Goytisolo, "Makbara", 26.02.2007
  • Neil Gaiman, "Chłopaki Anansiego", 10.03.2007
  • Haruki Murakami, "Kronika ptaka nakręcacza", 10.03.2007

Zdechłe, marudne srebro

[Neal Stevenson, Żywe srebro]


04 stycznia 2007, blog "Ja, woy"

Recenzję z "Żywego srebra" Neala Stephensona piszę już po pierwszym tomie dlatego, że dalej czytać tego nie będę. Tom I zmęczyłem do ostatniej strony, bo jestem ambitny i łatwo się nie poddaję, ale dalej znęcać się nad sobą nie mam zamiaru. I od razu chcę zaznaczyć, że wcale nie dlatego, że "Żywe srebro" to zła książka. Przeciwnie. Ona jest ambitna, szeroko zamachnięta, z olbrzymim historyczno-faktograficznym horyzontem. Do tego dobrze, sprawnie techicznie napisana. Tyle, że nudna, jak flaki z olejem.

Stephensona znam z cyberpunkowej twórczości i nawet mi się w tym podobał. Tutaj pozazdrościł sławy Wołoszańskiemu. Tak, tak, temu: Bogusławowi Wołoszańskiemu od rozmaitych sensacji XX wieku. Stephenson wziął na warsztat co prawda barok, ale zrobił to w podobnym duchu: sfabularyzował rzeczywistość. W "Żywym srebrze" występują autentyczne postacie, opisywane są autentyczne fakty. Bardzo wiarygodnie odmalowany został klimat tamtych czasów. Przekonująco zwłaszcza wypadają opisy działań naukowców wszelakiej maści w czasach, gdy z szarlatańskich sztuczek, alchemii i astrologii wyrastała prawdziwa nauka, gdy między bzdurnymi, często szokującymi i okrutnymi doświadczeniami pojawiało się to jedno, ktore popychało świat do przodu. To może być pasjonująca lektura dla osób lubiących literaturę z pogranicza historii i fantazji, gdy zagłębić się można w przekonująco opisane quasi-fakty, opisujące tamtą rzeczywistość w sposób, który śmiało można uznawać za prawdziwy, bo jest nie do zweryfikowania. No, żywy Wołoszański.

"Żywe srebro", przynajmniej do momentu, gdy postanowiłem nie dręczyć się nim więcej, jest kanonicznym przykładem, jak powinna wyglądać szkolna lektura. Po co katować uczniów jakimś Żeromskim czy Iwaszkiewiczem - i tak 90% z nich przeczyta z musu, nie doceniając wartości, a wyławiając jedynie rozmaite aspekty, które pani od polskiego może potencjalnie do tematu na wypracowanie wrzucić. I na dodatek urazu do wysokiej literatury taki przymuszony uczeń nabierze. Stephensonowi udało się natomiast stworzyć coś, co dla celów dydaktycznych jest materiałem wprost nieocenionym. Olbrzymia ilość faktów, wiarygodna sceneria, precyzyjny harmonogram historyczny - to wszystko przekazuje autentyczną wiedzę o opisywanych czasach. Coś w najbardziej matołowatych łbach z tego zostanie, bo opis jest sugestywny, czasem aż przesadnie. A że nudne? A która lektura nie była nudna tylko dlatego, że była lekturą? Jeśli tabuny małolatów mają nudzić się nad przymusowo czytaną książką, a mimo to coś z niej wynosić - Stephenson jest do tego idealny. Po co rozwijać u nich traumę na punkcie Reymonta?

do góry

Na końcu świata, na początku świata...

[Guy Gavriel Kay, Ostatnie promienie słońca]


9 stycznia 2007, blog "Ja, woy"

Coraz rzadziej zdarza mi się zarwać noc nad książką. Prawdę mówiąc, w ostatnich latach mi się to nie przytrafiło. I nie ma co się dziwić, jeśli kogoś dzień w dzień regularnie budzik wyrywa ze snu o 5.30, to motywacja do nocnych przygód z literaturą drastycznie słabnie. Zresztą i powodów, tak z ręką na sercu, specjalnie nie było. W konfrontacji sen vs książka zwycięstwa książki mieszczą się w granicach błędu statystycznego. Takie ciekawe rzeczy teraz piszą.

A tu - masz. Zacząłem tradycyjnie, jako to zwykle bywa z książką słusznej grubości, niespiesznie, o 23. z minutami, przykryty kołderką, z radyjkiem brzęczącym za uchem... I raptem okazało się, że za oknem coś podejrzanie jasno, a śpiewu ptasząt nie słyszę li tylko z powodu zbyt szczelnych okien (i mało ptaszęcej pory roku). Jasna cholera.

Tak było dwa razy. W efekcie łyknąłem "Ostatnie promienie słońca" w te dwie noce i po raz pierwszy od dawna żałowałem, że to już koniec. Bo też Kay znowu mnie zadziwił. To jest spora sztuka, pisać rzeczy podobne w założeniu, obracające się z grubsza w tym samym, lekko podfantazjowanym świecie i za każdym razem pisać książkę odmienną w nastroju, charakterze, stylu, i czym tam jeszcze, co składa się na wzorowy warsztat pisarski. Pisząc to ostatnie trochę się zawahałem. Kay aż taki wzorowy dotąd nie był. Niekonsekwencje i porzucone wątki czy niedorysowani bohaterowie przytrafiali mu się nagminnie i tylko ogólne brzmienie opowiadanych historii pozwalalo na przymknięcie na to oka. Ale zostawiam to świadomie. Ostatnia powieść Kaya jest bowiem od tych niedoróbek wolna, przez co nic już niczym nadrabiać nie musi i można zachwycać się bez obciążeń.

Bo też jest czym. "Ostatnie promienie słońca" to opowieść o dawnej Brytanii. O tym, jak docierali się - kłócąc, walcząc, spiskując - Celtowie, Anglosasi i Normanowie, a wszystko wśród urealnionych baśni, na samym styku rzeczywistości i magii, gdzie świat elfów i zagubionych dusz, i pradawnych leśnych mocy współżyje z rodzącą się cywilizacją chrześcijaństwa (do tego pobrzękując echami z Sapkowskiego :-)). Udało się Kayowi namalować przepiękny, żywy obraz tym swoim urokliwym językiem, a do niego dodać żywą, pełną przygód akcję, bez melodramatu, bez romansidłowości. Trochę jak z Bunscha, trochę z Gołubiewa, trochę z Kraszewskiego. I dużo, dużo z celtyckich legend, jak zwykle wmontowanych pod dwa kayowskie księżyce.

Bardzo piękna książka. Inna niż "Sarantyńska mozaika", inna niż pozostałe. Żywa.

do góry

[Niech żyje Polska, hura! t.I - antologia]

16 stycznia 2007, pl.rec.ksiazki

No to w końcu dobrałem się do książek, które mi Merlin w swojej łaskawości w nagrodę zafundował. Na pierwszy ogień wziąłem I tom antologii "Niech żyje Polska, hura!". Wyszło to z okazji 25-lecia istnienia grupy literackiej "Klub Tfurcuf", czyli, mówiąc prostym językiem, Paczki Dawnych Kumpli Fantastów I Ich Wielbicieli Oraz Uczniów. (Hm. Jak tak patrzę na te nazwy, to jednak "Klub Tfurcuf" jest prostszy. Antologia wyszła nakładem "Fabryki Słów", co w kontekście wysypu autorów i imprez zaczyna mi wyglądać na powstanie literacko-fantastycznej Doliny Krzemowej w okolicach Lublina. No to popatrzmy, czym się ta ekipa może pochwalić na swój jubileusz.

Antologie z reguły są trudne do jednolitej oceny, ponieważ, jak wiadomo, składają się z dzieł różnych, lepszych i gorszych, a przede wszystkim różnorodnych, twórców. Taka ocena może być siłą rzeczy tylko oceną wypadkową. Rzadko zdarza się, żeby udało się stworzyć antologię idealną. Z reguły ocena średnia wychodzi właśnie średnia. Tak jest i w tym przypadku. Średnio wyszło to na czwórkę, chociaż są tam perełki (nieliczne), którym i szóstkę można by śmiało postawić.

Ale najpierw o meritum, czyli o tym, o czym ta antologia jest. Otóż jest ona o Polsce. Miejsce i rola Polski jest w tych opowiadaniach różna: od nieistotnego tła, równie dobrze zastępowalnego np. Botswaną, po istotny element budowy klimatu, ba, nawet fabuły. Nie powiem, zamysł fajny - uczynić Polskę bohaterem zbiorowym i wspólnym dla wszystkich zamieszczonych tu opowiadań. W końcu nie pisze się za dużo fantastyki tak jednoznacznie związanej z naszym krajem, a przecież dzieją się tu
rzeczy, które normalnym filozofom by się nie śniły. Zwłaszcza ostatnio. Ala ja nie o polityce, tylko o fantastyce chciałem.

Aby jakoś przybliżyć Wam zawartość tej książki, a nie machać 10 spoilerów (bo tyle jest tu tych opowiadań), postanowiłem przyznać kilka wyróżnień oraz upomnień, takich moich Oskarów i Malin. Od razu mówię, że nie będzie Maliny za opowiadanie najgorsze - w dyskusję o degustibusach wciągnąć się nie dam. Jeśli coś wytknę, to detalicznie, bez uogólniania.

Z Oskarem za najlepsze opowiadanie miałem kłopot, bo podobały mi się dwa. Ostateczną decyzję podjąłem dopiero dziś przy goleniu. I niniejszym ogłaszam, że najlepszym opowiadaniem z I tomu antologii jest "Piękna i graf" Tomasza Kołodziejczaka. Opowiadaniu temu daję też małego Oskarka za najoryginalniejszy pomysł i najciekawszą pointę. Okazało się, że w Polsce też można umieścić świeże i dobre fantasy, niekoniecznie traktujące zaraz o dybukach, strzygach, czy wąpierzach, zaklinanych przez wioskowe baby.

Tu wspomnę też o wielkim przegranym, który z nagrodą minął się o włos (gdybym nie zaciął się w nieodpowiednim punkcie na osi czasu, to kto wie?). Prawie równie bardzo podobał mi się "Zabity" Feliksa W. Kresa. Lubię takie rzeczy, jednak "prawie" robi różnicę...

Trzecią nagrodą z gatunku pozytywnych jest Oskar za najlepszą "czytalność" ("czytliwość"?). Przyznaję ją bez wahania Jackowi Komudzie za "Wilczycę". To się czyta jednym tchem i z wypiekami na twarzy i prawie nie grają roli babole, za które opowiadanie to, oprócz Oskara, zarobiło u mnie aż dwie Maliny: za brak pomysłu na zakończenie (i w efekcie jego całkowitą i beztroską nieobecność) oraz za nadmiar wykrzykników. Znowu to "prawie"...

Tyle pozytywów. Co do Malin, to przyznałem jeszcze dwie: jedną Grzędowiczowi w opowiadaniu "Farewell Blues" za całkowitą i bolesną przewidywalność fabuły (ja wiedziałem, o czym to będzie i jak się skończy, już w połowie drugiej strony!), a drugą Janowi Atmańskiemu i jego "Czasowi życia" - za zmuszenie mnie do ziewania, co po niedawno skończonej "Wilczycy" bylo wyczynem nie lada. Dodać tylko jeszcze muszę, że Grzędowicz napisał opowiadanko całkiem sprawne, nieźle się
czytające - tylko ten absolutny brak suspensu...

I tyle mojego wydziwiania. A teraz jeśli chcecie - czytajcie. Złe nie jest, a dla tych kilku bardzo dobrych kwiatków warto znieść i te Maliny, i tę nijaką resztę. Zwłaszcza, że akurat najlepsze rzeczy w tej książce są też najdłuższe. Jest co czytać.

do góry


"Mroczna Wieża" - jednak czytam dalej!

[Stephen King, Czarnoksiężnik i kryształ] 

18 lutego 2007, blog "Ja, woy"

Od razu zacznę z grubej rury: ten cykl to jest albo paskudne nieporozumienie fabularne, albo świadomy zamysł sadystyczny autora. No bo to jest cykl dla automatu czytelniczego, dla jakiegoś super Craya zaprogramowanego na pochłanianie kilometrowych sag metodą jamochłona. Prawdopodobnie idealną techniką czytania "Mrocznej Wieży" jest zakup od razu siedmiu tomów, wyłączenie telefonu, wysłanie żony do mamy a dzieci na ferie, zaopatrzenie się w sześciopak dwulitrowych Coca-coli i 10 kg chipsow i przeczytanie tego od deski do deski jednym tchem. Niestety, mało kto to wytrzyma.

Na tym polega właśnie sadyzm Kinga. Konstrukcja książek cyklu jest taka, że bez przerwy znajduje się tam odnośniki, retrospekcje lub co najmniej aluzje do części poprzednich, bez przypomnienia, kto to był u licha ten jakiś John Smith i co on tam trzy tomy wcześniej takiego zrobił, że dziś, 1900 stron dalej, nagle świat skręca z tego powodu w całkiem niespodziewaną stronę? To oczywiście przykład abstrakcyjny i niemający z rzeczywistą fabułą związku, ale oddający metodę pastwienia się Kinga nad czytelnikiem. To da się pochwytać, wyłącznie gdy poświęci się urlop i małżeńskie szczęście na rzecz ocalenia spójności i sensu fabuły. Z tym, że King aż takim sadystą nie jest i chyba z litości paple i przynudza, żeby człowiekowi nie przyszło do głowy czytanie ciurkiem. No, ale wtedy traci się wątek, i tak dalej, i tak w koło...

Ja do Kinga podszedłem metodą połowiczną. Od razu dodam, że efekty też mam połowiczne. Kupiłem tomy cztery, z zamiarem przeczytania ciurkiem, a potem, w zależności, czy mi się spodoba, czy nie, miałem rozważyć celowość dalszych inwestycji. Niestety, zamiar spalił na panewce, bo za jednym zamachem zdołałem przeczytać trzy pierwsze części. "Ziemie jałowe" tak mnie wymęczyły, że już "Czarnoksiężnika i kryształ" sobie odpuściłem, z zamiarem niepodchodzenia wcale oraz znalezienia szczęśliwego nabywcy celem zwrotu nakładów. Nabywcy nie znalazłem, a "Czarnoksiężnik" leżał i kusił. I w końcu skusił. I teraz mam znowu dylemat, ale o nim na końcu.

I tak... Hm... Powiem, że w sumie nie żałuję. Więcej: gdyby nie ta przeklęta, opisana wcześniej maniera uważania czytelnika za bank pamięci postaci i epizodów czytanych w nudnych książkach pół roku wcześniej, to bardzo bym Kinga za tę część pochwalił. To jest najlepszy tom cyklu spośród dotychczasowych. Jest najlepszy, mimo że składa się z dwóch części, z których jedna jest kontynuowaniem przynudzania charakterystycznego dla tomów poprzednich. Za to druga...

Trzy czwarte "Czarnoksiężnika" jest retrospekcją Rolanda z czasów młodości i inicjacji w roli rewolwerowca, a także inicjacji sprawy Mrocznej Wieży. Jak dla mnie, mógłby sobie resztę cyklu King darować (przynajmniej tę resztę, którą przeczytałem) i napisać to jako bardzo przyzwoitą i przyzwoicie, przeciętnie grubą powieść fantasy ze świata, gdzie czas poszedł do przodu. Ta część, opowieść Rolanda, jest wartką, barwną i zapierającą dech w piersiach przygodówką, od której ciężko się oderwać. Pewnie że, jak cały cykl, toczy się to na pograniczu kiczu, czasem niebezpiecznie się w jego stronę chybając, ale toczy się z wdziękiem, z nerwem, spójnie i logicznie (co nie jest mocną stroną pozostałych tomów "Mrocznej Wieży"). Myślę, że do tego akurat tomu mogę wszystkich z czystym sumieniem zachęcić.

No i o obiecanym dylemacie. Bo miałem dalej nie czytać... A teraz mnie kusi, żeby jednak zobaczyć, o czym będą "Wilki z Calla", chociaż po zakończeniu, znowu typowym dla cyklu, mam podejrzenia, że sie zawiodę. A może nie? To co? Zainwestować?

do góry

[Neil Gaiman, Gwiezdny pył]

24 lutego 2007, pl.rec.ksiazki

Ja widzę (oczyma duszy), jak powstała ta książka. Widzę Mr Gaimana ze
szklaneczką whisky w ręce, gdy już mu ta whisky zaczyna lekko szumieć
pod deklem. Jak siada do komputera i jednym palcem, w nonszalanckiej
pozie, wystukuje nonszalanckie zdania. Jak z tych niedbale, nonszalancko
formułowanych myśli rodzi się nonszalancka powieść. Z gigantycznym
dystansem, z przymrużeniem oka, powieść-wariacja, jak pan Andersen by to
opisał... Tak, to je ono. To jest Andersen dla przerośniętych dzieci,
bracia Grimm dla niepogodzonych z przemijaniem dzieciństwa, Maria
Konopnicka dla tych, którym brakuje baśni jak powietrza. Neil Gaiman -
baśniopisarz dla nie całkiem dorosłych.

Jeśli ktoś oczekuje sierioznej fantasy, rzetelnie skonstruowanych
alternatywnych światów magii i miecza, realistycznych magów, elfów i
czarownic, to się rozczaruje. To jest zwyczajna bajka. Napisana po
bajkowemu, czyli tak, jak Wy sami opowiadacie dzieciom bajki, sami w nie
nie wierząc i kreśląc w związku z tym olbrzymi cudzysłów. Bajka, która
opowiada o tym samym, o czym mówił pan Andersen: o prostych relacjach
dobra i zła, o miłości, która zawsze na końcu zwycięża, o marzeniach
wreszcie. Naprawdę, po tych wszystkich moralitetach, po filozoficznych
wędrówkach w głąb siebie i sąsiadów, po rozważaniach na temat losów
świata z przyległościami, warto jest usiąść i poczytać normalną, uczciwą
baśń, w której od początku do końca wie się, że nic nie jest naprawdę i
naprawdę jest wszystko.

do góry

Eksperyment formalny z fiutem w tle

[Juan Goytisolo, Makbara]

26 lutego 2007, blog "Ja, woy"

strumień świadomości się snuje - pisać o czymś, coś, co można opisać normalnie, lepiej nienormalnie, bo po co - europejski komfort pisania: Unia da kasę, można eksperyment bez konsekwencji snuć, strumień świadomości snuć

włóczęga Arab, cechy charakterystyczne, życiowo ważne, najważniejsze: podarte dżinsy, brak uszu i duży fiut - fiut-fetysz, fiut-centrum człowieka, oprócz fiuta tylko Marrakesz albo kanały, albo ostatni rząd w kinie, nie, kino to też fiut - ona anioł z nieba po przewrocie, anioł zdeprawowany - anioł wcielony w różne odmiany dziwki, bo jak nazwać, gdy centrum fascynacji kulturowym odmieńcem jest fiut? - anioł rżnięty w pociągu, przeciągu i na drągu, rżnięty wielkim fiutem, fiutem-gigantem, fiutem-fetyszem - czy coś w tym jest? - perwersja rżnięcia cywilizowanej Europy przez arabskiego brudasa spod paryskiego mostu? Europy - skurwionego anioła, zbiega ze skomunizowanego nieba - tylko tyle?

czy jestem niesprawiedliwy, jesteś niesprawiedliwy, jest niesprawiedliwy? - niesprawiedliwy w ocenach, wulgarny i płytki, zbyt surowy, zbyt szydzący - szydzić łatwo, trudniej znaleźć pozytyw - a są przecież, to niebo, karykatura, niespodzianka prześmiewcza, socjalistyczne niebo - te scen kilka, mimo permanentnego rżnięcia, opisanych z nerwem - te obrazki z medyny, z uliczek północnoafrykańskiej arabskiej nędzy, ta cywilizacja obca, a tak prawdziwa - szkoda, że w migawkach tylko - te trochę prawdziwego człowieka

te trochę

lecz wokół banał, kalka, stereotyp, czarno-biały schemat - pod banałem, kalką, stereotypem, schematem, pod interkulturową poprawnością ginie ta odrobina oryginalnej, świeżej literackiej prawdy, świeżego literackiego piękna - szkoda, bo gdyby to spisać zwyczajnie, to piękno, stłamszone, zdeptane formą, samo pcha się przed oczy - mimo nadmiaru gigantycznego fiuta

do góry

[Neil Gaiman, Chłopaki Anansiego]


10 marca 2007, pl.rec.ksiazki

Zachęcony uroczym "Gwiezdnym pyłem" wziąłem się za następnego Gaimana. I muszę przyznać, że początek mnie rozczarował. Jakoś tak nie chciało się to rozkręcić, jakoś mi takim gorszym Pratchettem zalatywało. Jakieś echa "Pomniejszych bóstw", jakieś całkiem pratchettowskie czarownice, jakieś ślady pratchettowskiego dystansu do tworzonego świata... Szukając plusów zauważyłem jednak, że wszechstronnością pióra bije Gaiman kolegę po fachu i byłego wspólnika na głowę. Ja tam dużo tego jeszcze nie czytałem, ale biorąc pod uwagę "Gwiezdny pył", "Dobry omen" (tak, wiem, nie całkiem jego) i "Chłopaków Anansiego" i wiedząc to i owo o innych jego książkach, daje się zauważyć, z jaką łatwościa porusza się pisarz wśród różnych stylów i odmiennej tematyki, w przeciwieństwie do monostylowego Pratchetta, który nawet "Kota w stanie czystym" napisał tak, że człowiek poświadomie oczekuje pojawienia się Rincewinda.

Książka wciągnęła mnie niepostrzeżenie po jakichś 150 stronach. I potem było już tylko lepiej. Ja lubię takie konstrukcje z poprzenikanych światów, gdzie fantazja miesza się z rzeczywistością, gdzie z krain bogów na początku świata wylatuje się wprost na Brixton Road w Londynie, gdzie bóg pewnych miłych stworzonek o wielu delikatnych nóżkach to fajny jajcarz, jego moc wynika z władania pieśniami (co na co dzień objawia się w występach karaoke), a pognębienie innego boga polega na odebraniu mu opowieści. Jest w tym i horror, i thriller, no i oczywiście fantasy. Polubiłem Gaimana i na pewno, wchodząc do księgarni, będę rozglądać się za jego książkami. A "Chłopaki Anansiego", mimo wtórności i zapożyczeń, to całkiem fajna powieść, w sam raz na sobotni czas relaksu. No i należy ją polecić zwłaszcza cierpiącym na arachnofobię - po przełamaniu pierwszej paniki człowiek nabiera dużo sympatii do różnych czarnych, cichych i cierpliwych zwierzaczków.

do góry

Odskrobywanie landszafcika

[Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza]

10 marca 2007, blog "Ja, woy"


Kiedyś widziałem w telewizji taki film z życia archeologów: na murze ładny landszafcik, obok pan z dłutkiem, pracowicie odskrobujący górną warstwę farby z tego landszafcika. Pod spodem inny obrazek, pan archeolog (chyba on?) ten też skrobie, a tam następny... I tak dalej. A co jeden landszafcik niżej, to coraz toporniejszy, coraz bardziej ponury, coraz mniej precyzji w kresce, coraz smutniej, straszniej i dziwniej.

Trochę zmyślam dla większego efektu i lepszego dopasowania scen odkrywania coraz głębszych pokładów malarskich wizji do tego, z czym mi się "Kronika ptaka nakręcacza" kojarzy. Bo to właśnie tak jest: ładny, sielski obrazek, japońska precyzyjna kreska, mistrzostwo detalu, ach, jaki uroczy, egzotyczny klimacik, Japonia jak żywa, jak z obrazka z widoczkiem na misterne listki bambusa, a wśród listków ptaszki, a w tle ośnieżone stoki Fuji-yamy. Patrzymy tak sobie na tę misterną sielskość i ani się spostrzegamy, a tu nam pan archeolog Murakami płatek za płatkiem widoczek zeskrobuje, a spod spodu coraz to nowa warstwa sie wyłania, a co jedna, to mniej sielska i mniej urokliwa. W dodatku na tle wszystkich odkrytych warstw landszaftu niezeskrobane łaty wyższych przenikają się z niższymi, mieszają, zarówno te realne, jak i te ze snu i fantazji... Gdy spojrzy się na obrazek z daleka, już nie wiadomo, w którym miejscu to jeszcze pajęczynka bambusowych listków, a w którym bebechy obdartego żywcem ze skóry żołnierza. Gdzie proza realnej codzienności, a gdzie fantastyczny świat z sennych rojeń, dziwnej magii i majaków na jawie.

Przeczytałem "Kronikę" skokami: czasem sto stron mijało w mgnieniu oka, czasem dwie ślimaczyły się całymi dniami. Przeczytałem mocno poruszony, chociaż wcale nie wiem, czy mi się podobała. Przeczytałem przekonany, że chyba jednak więcej Murakamiego nie chcę, a jednak z podświadomym przeczuciem, że będę musiał do niego wrócić. Będę musiał - o, właśnie, to jest dobre określenie na mój stosunek do tego pisarza. Coś w tym jest takiego, że - choć nie za bardzo chcę, choć trochę się wzdrygam na myśl o ponownym zagłębieniu się w świat bez granicy pomiędzy życiem i snem - chyba będę musiał. Może nie dziś, może nie jutro. Ale wiem, że muszę do Murakamiego wrócić. Tak, tak... Nie znam się na cenach na rynku dragów, ale 45 zł za działkę tej jakości chyba warto dać. Tylko trzeba pamiętać: marycha odmiany Murakami mocno uzależnia.

do góry

Powrót do strony głównej



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.