Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2006, część I

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Roberts Adam, "Kod Edy Vinci", 4.01.2006
  • Kurt Vonnegut, "Trzęsienie czasu", 13.03.2006
  • Edward Redliński, "Telefrenia", 26.03.2006
  • Stephen King, "Roland", 8.04.2006
  • Stephen King, "Powołanie trójki", 25.04.2006
  • Stephen King, "Ziemie jałowe", 12.05.2006
  • Marek Krajewski, "Widma w mieście Breslau", 1.06.2006
  • Jacek Komuda, "Imię Bestii", 20.06.2006
  • Terry Pratchett, "Carpe jugulum", 1.07.2006
  • Connie Willis, "Przejście", 8.08.2006
  • George R.R. Martin, "Gra o tron", 11.09.2006

Szkoda czasu

[Roberts Adam, Kod Edy Vinci]

4 stycznia 2006, BiblioNetka

To będzie najkrótsza moja recenzja. Cała zawiera się w tytule...

...ale ponieważ redakcja żartów z formy nie przewiduje, niech będzie, że trochę rozwinę:

W ogóle zastanawiałem się, czy warto klawiaturę zużywać na tę opinię. Napiszę jednak krótko, bo to swego rodzaju fenomen jest. Otóż plasuje się u mnie ta książka na widoku z dwóch powodów. Po pierwsze, starałem się znaleźć coś gorszego od niej, co zdarzyło mi się w życiu przeczytać, i jak dotąd nie znalazłem (wszelkie sugestie mile widziane, może jakąś pozycję niesłusznie w tym rankingu pomijam). Po drugie, autorowi (autorce?) udała się sztuka nie lada: napisał(a) parodię książki gorszą od oryginału, co w efekcie zakłóca związek przyczynowo-skutkowy między tymi książkami (nieuprzedzony czytelnik może mieć problemy z rozszyfrowaniem, kto kogo parodiuje).

Niby teoretycznie założenie było dobre - Brown aż się prosi o parodię i wymyślone przez autora-parodystę grepsy teoretycznie są niezłe: sposób śmierci kustosza, dorsz jako siła sprawcza w epicentrum wydarzeń, niezłe pomysły na wykpienie sposobu pisania Browna... Tyle że to w ogóle nie śmieszy! To znaczy śmieszy, jak człowiek nie czyta, tylko sobie niektóre rzeczy sam wyobrazi - wtedy tak, wtedy to zaczyna być parodią. Gdy się czyta, to wychodzi z tego tylko nudna jak szlag, marnie napisana książczyna. Jaki z tego morał? Nie wystarczy mieć pomysł, trzeba jeszcze go umieć opisać! Umiejętność przelania poczucia śmieszności na papier to sztuka, nie każdy ją posiada.
do góry

[Kurt Vonnegut, Trzęsienie czasu]

13 marca 2006, pl.rec.ksiazki

Ja Vonneguta za dużo nie czytałem. "Rzeźnię numer 5", "Kocią kołyskę" i coś jeszcze, teraz nie pamiętam, bo to dawno było. Z tych lektur pisarz przypomina mi się sympatycznie, taki cyniczny ironista w moim typie. No to kupiłem sobie "Trzęsienie czasu" z nadzieją na odświeżenie starej znajomości. I co? okazuje się, że pisarze też się starzeją, nie tylko czytelnicy. Powiem wprost: dawno tak się nie wynudziłem.

Założeniem fabularnym tej powieści jest zdarzenie temporalne, nazwane przez autora trzęsieniem czasu. Jego skutkiem jest cofnięcie czasu o 10 lat, w efekcie czego ludzkość przeżywa wszystko jeszcze raz, bez możliwości wpływu na bieg wydarzeń, jednakże ze świadomością tego bezwolnego niesienia z prądem. "10 lat na automatycznym pilocie", wg określenia Kilgore Trouta, pisarza sf, literackiego alter ego autora. Może to i niezły pomysł, chociaż moim zdaniem trochę wydumany, tyle że Vonnegut nic z nim nie zrobił. Przez 150 stron ględzi sobie pierdołowato o życiu, głównie swoim, ironiczne wstawki ma tak subtelne jak wiertarka dentystyczna, a wyszukane w codzienności śmiesznostki... no takie, że baki, jak mówi pani Czubaszek, zrywać. Autentycznie: czytając, oczyma wyobraźni widziałem starego, zgrzybiałego człowieka na bujanym fotelu, pod kraciastym kocem, który z powodu, że jest Znanym Pisarzem, wypisuje byle co z niezachwianym przekonaniem, że i tak mu to wydrukują, a honorarium na opłacenie geriatry wystarczy.

Zmęczyłem "Trzęsienie czasu" do końca, chociaż mi zakorkowało kolejkę książek do przeczytania i zator się zrobił. Ale taka nauczka mi się przyda - od tej pory będę ostrożniej podchodzić do dzieł znanych a starych pisarzy, na temat których nie przeczytałem wcześniej żadnej recenzji. Czemu na sobie mam testować, czy oni zachowują jeszcze formę, czy stać ich już tylko na jaja z rozczarowanego czytelnika? Niech inni to robią. Ja już się pchać, przynajmniej do Vonneguta, nie będę.
do góry

Boks z samym sobą

[Edward Redliński, Telefrenia]


26 marca 2006, BiblioNetka

Co za facet! Trzy razy rzucałem tę książkę, wkurzony i zniesmaczony. I trzy razy znowu po nią sięgałem. Ten gość ma wyjątkowy talent drażnienia czytelnika i wyciągania mu brudnych skarpet zza otomany. Czemu on tak się nad nami pastwi? Czy on nie wie, że ludzie wiwisekcji nie lubią? Że jak potrzebują grzebania w zakurzonych zakamarkach świadomości, tam, gdzie mieszkają różne zapomniane i odrzucane fobie i natręctwa, to idą do przyzwoitego psychoanalityka, płacąc 500 zł za godzinę? A nie kupując nieświadomie w supermarkecie książkę za 30 zł, z nadzieją na lekką rozrywkę? Co?

Nic w tej książce w warstwie fabularnej nie ma nowego. Zdeklasowany, starzejący się inżynier w świecie pop-masówy, otoczony medialną sieczką, żyjący marzeniem, zakochany w obrazku, w aktorce z widzianych w przeszłości filmów, układa sobie ten świat po inżyniersku. To wszystko mocno osadzone w dzisiejszej prawdziwej rzeczywistości, po nazwisku i fakcie. W skrócie tyle, bo ta fabuła jest dość mało istotna.

To truizm, że w tej książce można odnaleźć siebie. Najgorsze jest, że w tej książce odnajduje się siebie takiego, jakiego na co dzień się odrzuca, jakim nie chce się być, a jednocześnie, obok, równolegle, odkrywa się tego, którym być się pragnie. I konflikt się rodzi w człowieku: nie, to przecież nie o mnie, mnie się udało, to nie moja bajka, to jakaś degrengolada, po co ja o tym czytam... o kurczę, a może...? W końcu ja też inżynier...

Hehe, a na koniec finał, godny pióra Redlińskiego, podsumowujący cały otaczający bohatera informacyjny bełkot. Nie powiem jaki, ale zdradzę, że kumuluje w sobie całą esencję rasowego niusa. No i ciekawostka dla bywalców grupy dyskusyjnej pl.rec.ksiazki: wśród nazwisk, jakie sypią się tam w cytatach z kolorowej prasy (peplotów, jak je autor nazywa) pojawia się też autentyczne nazwisko waszego grupowego kolegi. Nie powiem kogo, poczytajcie sami. Chyba warto, ale należy być gotowym na boks z samym sobą.
do góry

Mniszkówna i dylematy

[Stephen King, Roland]


8 kwietnia 2006, BiblioNetka

Nie powinienem pisać tej recenzji. "Roland" to nie jest dobra książka. Właściwie w innym przypadku pewnie dałbym sobie spokój także z czytaniem pozostałych części "Mrocznej Wieży", gdyby nie to, że tak rozbieżne opinie o poszczególnych tomach do mnie docierają. "Roland" mi się nie podobał (chociaż nie cały, ale o tym potem), ale oceny także miał złe. Niektóre inne tomy oceniane są lepiej i ja chcę sprawdzić, dlaczego.

Najpierw powiem, co w tej powieści złego. To będzie krótka, ale treściwa lista: zanim zacząłem ostatni rozdział, sądziłem, że wszystko. Przypomniało mi się, jak mając lat może 11, może 12, napisałem szesnastostronicową powieść pod zabójczym tytułem "Gdy Rodrigo zaczyna działać". I jeśli chodzi o styl, to wiele gorszy nie byłem. Mniszkówna fantastyki, to byłby komplement. Dla Kinga.

Treść jest podobna. Po pustynnym świecie - przyszłym? równoległym? - idzie sobie tajemniczy, ale szlachetny z założenia, rewolwerowiec. Kogoś ściga - oczywiście tajemniczego, ale złowrogiego z założenia, człowieka w czerni (a jakże). Monumentalnie rozstrzeliwuje ze swych wiernych rewolwerów całe miasto, nie bardzo wiadomo, po co. Spotyka różnych ciekawych ludzi i nieludzi, z czego na razie również nic nie wynika. Wygląda, jakby miało wyniknąć kiedy indziej. Mam nadzieję, że wyniknie.

W tej powieści zaczynają się różne wątki. Daję słowo, że każdego będę pilnował, co też z nim będzie, bo darować zrobienia w balona nie myślę. Przecież tylko dlatego przeczytałem "Rolanda" do końca, bo inaczej rzuciłbym po zmęczeniu połowy tej przeraźliwej grafomanii.

I zrobiłbym niewybaczalny błąd. Otóż "Roland" na końcu ma rozdział pt. "Rewolwerowiec i człowiek w czerni", dla którego warto było przebrnąć przez całą resztę. Przebrnąć - i zatrzymać się. I zastanowić. Bo raptem czytelnik staje w obliczu tych samych pytań, które sam sobie niekiedy zadaje, jeśli ma wyobraźnię trochę tylko większą niż amerykański futbolista. Pytań ostatecznych i fundamentalnych: o to, co jest naprawdę, co jest poza, co jest nad granicą poznania, rozumienia, akceptacji. Może to nie jest odkrywcze, takie pytania fantastyka stawia od czasu do czasu. Ale te pytania tutaj, po 250 stronach kiczowatej sensacji, każą na ten banał patrzeć trochę inaczej. Nie, to nie naprawia stylu, ani nie łata fabuły. Ale daje nadzieję na intrygującą kontynuację. I dla tej kontynuacji, którą King tak zaskakująco zapowiedział, będę czytać kolejne tomy "Mrocznej Wieży", pełen ciekawości, co on ma mi na te ostateczne dylematy do powiedzenia.
do góry

Po "Rolandzie" idzie lepsze

[Stephen King, Powołanie trójki]


25 kwietnia 2006, BiblioNetka

Chcąc być w zgodzie z przedświątecznym zobowiązaniem dałem szansę Kingowi i ciągnę "Mroczną Wieżę" dalej. Muszę od razu powiedzieć, że nie żałuję. "Powołanie trójki" przeczytałem płynnie, bez większych zacięć i ziewania, chociaż ma ta powieść miejsca, które przypominają pchanie wózka inwalidzkiego po plaży, co sam King w tekście sugestywnie opisał :). Jak się wyjedzie na twarde - wózek leci gładko i pcha się/czyta bez wysiłku. A po chwili - łacha piachu (swoją drogą ładna zbitka onomatopeiczna: łacha piachu :-) ). Kto prowadził kiedyś rower po plaży, ten wie, o czym mówię.

Ale to takie grymaszenie, bo kto czyta Kinga w większych ilościach, wie, że ten pisarz cierpi na napady niekontrolowanego gadulstwa, i jak już zacznie, to nie może przestać. Takie fragmenty ma też "Powołanie trójki", ale na szczęście mało. Plaża jest kamienista i wózek częściej toczy się gładko niż utyka po osie. Nie jest to jakiś wielki i głęboki tekst. To nieźle napisana, wartka historia przygodowo-fantastyczna, która w znacznym stopniu leczy urazy, jakie w czytelniku mógł spowodować grafomański "Roland". Fabuła w skrócie mówi o dobieraniu sobie przez rewolwerowca wspólników do poszukiwania i zrobienia czegoś z Mroczną Wieżą. Czego - na razie nie wiadomo. Wspólników dobiera sobie Roland z różnych okresów czasowych naszego świata, co wyjaśniałoby wcześniejszy dylemat, czy świat rewolwerowca to przyszłość, czy równoległość. Na koniec jest King trochę niekonsekwentny w zamiarach (mam tu na myśli rolę, jaką miał spełniać Popychacz, a jak to się z nim ostatecznie skończyło - rozmyślił się King, czy nie wiedział, jak poprowadzić zbrodniarza jako członka drużyny? Nie wiem). Ale takie niekonsekwencje są dla Kinga typowe, często zdarza mu się prowadzić akcję na bieżąco, bez planu, jak to się ma skończyć, improwizując. Mam takie wrażenie, może zresztą błędne, bo nie jestem jakimś wielkim znawcą czy fanem twórczości tego pisarza.

To, jak wspomniałem, szczegóły, dość mało istotne, jeśli nie oczekuje się od Kinga wielkiej i głębokiej literatury. "Powołanie trójki" wciąga i zachęca do kontynuacji przygody z cyklem. Jadę więc dalej, z nadzieją, że mi się po czwartym czy piątym tomie nie znudzi, bo mimo pozytywnej na razie oceny, wisi mi gdzieś nad głową takie malutkie ostrzeżenie. Przegiąć w stronę nudy lub kiczu jest tu bowiem bardzo łatwo. Mam nadzieję, że King tego uniknie. 
do góry

[Stephen King, Ziemie jałowe]

12 maja 2006, pl.rec.ksiazki

Recenzji z "Mrocznej Wieży" ciąg dalszy. Chociaż na dobrą sprawę nie ma o czym pisać, bo "Ziemie jałowe" trudno nazwać samodzielną powieścią. Początek to prosta kontynuacja "Powołania trójki", koniec - rozgrzebany początek następnego etapu. I te fragmenty są niezłe, zwłaszcza koniec. To, co jest w środku, co można uznać za samodzielny byt cyklu, to spora kicha.

Bo "Ziemie jałowe" są strasznie nierówne. Tym razem drużyna pierś... znaczy ka-tet, powiększona o wyrwanego z paszczy Nowego Jorku Jake'a, przybywa do miasta Lud. W pierwszej części czynność przybywania odbywa się w dość dobrym tempie, chociaż naiwności i dziwnego bezstylu tu nie brakuje. Jak już wspomniałem przy innej okazji, próby wpisania w to horroru w postaci Dozorcy Domu porozrywały mi ledwie zagojone zajady. Aż w oczy kłuje, że to tylko spinka między jednym etapem historii a drugim. Ten środek, który mógłby być jakimś embrionem samodzielnej historii, King zagadał i zamamlał. W dodatku język tej części jest jakiś taki... Zatracił King na parę miesięcy dar narracji, czy co? Bo potem, już w mieście, jest lepiej. Po okresie zwątpienia, gdy wzorem Bazyla zacząłem już kombinować, komu by wcisnąć te nieszczęsne książki, historia znowu nabrała dobrego tempa, a nawet zaczęła być zgrabnie opisywana, wciągając i narzucając nastrój. Tylko... Noż, kurde, dość rzadko w życiu czytalem samodzielne powieści bez żadnej puenty!

Tak, ja myślę, że King po napisaniu "Powołania trójki" miał pomysł na następny etap, tyle że mu się to nie spinało z poprzednim. I wziął i napisał te "Ziemie jałowe". Inaczej tego wytłumaczyć się nie da. Ale, ponieważ koniec mnie wessał i na dodatek zostawił bez żadnego sensownego podsumowania, spróbuję to kontynuować. Na razie jestem jako ta rozdarta sosna: i chce mi się i boję się (ekhm, to chyba bardziej dziewica niż sosna).

do góry

Wydziwianie w kolorze sepii

[Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau]

1 czerwca 2006, BiblioNetka

Sięgając po tę książkę byłem nasłuchany i naczytany peanów na temat jej autora po same uszy. Notki na skrzydełkach obwoluty też brzmiały zachęcająco: zmysłowy świat w kolorze sepii, książka zarówno dla miłośników sensacji, jak i zwolenników nostalgicznych pejzaży przeszłości, główny bohater - miasto Breslau... Do tego autor nagrodzony Paszportem "Polityki" za tę m.in. książkę. To wszystko zachęcało.

Tym większe było rozczarowanie. Z wymienionych wyżej pozytywów ocalał w moich oczach właściwie tylko jeden: kolor sepii. Malowana przez Krajewskiego scenografia rzeczywiście daje się wyobrazić w tych właśnie odcieniach. Cała reszta to źle napisana, jeszcze gorzej zredagowana, płaska jak decha i płytka jak kałuża powieść kryminalna, o wydumanej intrydze, epatująca na siłę wymyślanymi okropieństwami i obrzydlistwami. Tu najbardziej zachwycił mnie następujący opis: "Zsuwano (...) buraczki, które przed chwilą otulały kacze korpusy, a teraz były podobne raczej do gruźliczej plwociny". Urocze, prawda? Takich kwiatków jest więcej. Tyle że mnie, zamiast zbrzydzić, rozśmieszyłyby raczej do łez, gdyby nie zażenowanie, z jakim obserwowałem to szamotanie się autora z imperatywem zbudowania grozy, brudu i podłości. W tej piramidzie sztuczności cały czas kołatało mi się pytanie: co ma do tego Wrocław? Czemu nie Piotrków Trybunalski albo Koszalin? I do końca nie znalazłem odpowiedzi.

Co do kryminalnej intrygi, wszak to kryminał... Tu muszę się przyznać do pewnej mojej niedoskonałości. Ja jestem straszny cienias, jeśli chodzi o rozwiązywanie szarad, rebusów i zagadek. W grach komputerowych zawsze w takich miejscach ściągam rozwiązanie z solucji. I oto ja, neandertalczyk szaradowy, cymbał rebusowy, mordercę odgadłem gdzieś w okolicach 150. strony, czyli mniej więcej w połowie. Co więcej, przewidziałem także rozwój akcji i parę kolejnych ofiar. To ja współczuję ludziom, którzy zagadkami się pasjonują i umieją je rozwiązywać bez podpowiadania. Oni mogą to wiedzieć jeszcze szybciej. A wtedy pod znakiem zapytania stanie sens dalszego katowania się tą książką.

Wszystko jest w tej książce sztuczne: sztuczny styl, sztuczne, papierowe, płaskie postacie, sztuczna intryga, sztuczny, na siłę stylizowany przedwojenny Wrocław. Krajewskiemu nie wychodzą nawet scenki rodzajowe na ulicach, które miały na celu zbudowanie klimatu tamtych czasów. On to pisze w taki sposób, jakby co chwila musiał sobie przypominać, co jeździło wtedy po ulicach, jak ubierali się i mogli zachowywać ludzie. I wtedy podkreśla to z namaszczeniem, wątpiąc chyba w inteligencję czytelnika, któremu, moim zdaniem, scenografii ulicy początku XX wieku nie trzeba na siłę tłoczyć przed oczy, żeby wczuł się i przeniósł w tamte czasy. Ale może go przeceniam. Czytelnika, znaczy.

Na osobną uwagę zasługuje redakcja tej książki. Autor ma prawo przywiązać się do swoich sformułowań, ma prawo nadużywać zdań do bólu prostych oraz powtarzać konstrukcje składniowe i określenia co drugi akapit. Ma prawo zgubić się w personalizacji dialogów. Ale wydawnictwo za to płaci redaktorowi, żeby takich baboli nie puszczał, ba, żeby własnym ciałem bronił poprawności stylistycznej powieści, nawet wbrew jej twórcy. Redaktor tej książki widać zaufał geniuszowi autora; może widział w tym nowatorstwo stylu, a może już nie miał siły się użerać? Wyszło tak, że sporą część mojej krytyki musi teraz właśnie on wziąć na klatę, bo od tego jest, żeby autorowi się za to nie dostawało.

"Widma..." są pierwszą powieścią Krajewskiego, którą czytałem. Może źle trafiłem, może inne części cyklu o policjancie z dawnego Breslau, Eberhardzie Mocku, są opisanych wad pozbawione. Ale jakoś nie mam ochoty, żeby to sprawdzać.
do góry

François Villon, Bestia i co z tego wynikło

[Jacek Komuda, Imię Bestii] 

20 czerwca 2006, BiblioNetka

Z uwagi na nadmiar - z jednej strony czarodziejów, smoków, goblinów i krasnoludów, a z drugiej rozdartych dusz, niespełnionych uczuć i egzystencjalnych smutków, jakie mnie ostatnio literacko otaczają, postanowiłem poszukać czegoś z innej beczki i odetchnąć rześkim, choćby i morowym, powietrzem. "Imię Bestii" wydawało się do tego idealne. Średniowieczna Francja w naturalistycznym sosie, podlana gęsto zabobonem i magią, przenikającą z wierzeń do rzeczywistości... Słynny, na wpół legendarny bohater, François Villon - złodziej i poeta, inkwizycja, rycerze, rzezimieszki, czarownice i do tego Zły we własnej osobie... Jednym słowem: to. Trochę mnie zdziwiło, ale tylko do etapu powątpiewającego uniesienia jednej brwi, aluzyjne porównanie do "Imienia róży", zwłaszcza w kontekście dotychczasowego repertuaru wydawcy (Fabryka Słów), ale - pomyślałem - każdy może mieć ambicję wydać dzieło z górnej półki, choćby dotąd parał się literaturą wagonową.

No i... a nie, wcale nie mam zamiaru pastwić się ani ironizować. Otóż książka mi się podobała. Nie cała, co prawda, ale większa część. Znalazłem w niej znakomite czytadło do pociągu, zwłaszcza na obecne czasy, gdy jedzie się z upalnego i dusznego Rzeszowa pooddychać upalnym i dusznym powietrzem Kołobrzegu. Fabryka Słów wcale nie nadęła się nadmiarem wydawniczych ambicji. Utrzymała się w swojej konwencji i zrobiła to w przyzwoity sposób. Oczywiście główna w tym zasługa autora. Jacek Komuda jest z zawodu historykiem i pisuje powieści i opowiadania osadzone w historycznych realiach. Te realia to zresztą wcale mocna strona "Imienia Bestii". Piętnastowieczny Paryż, Carcassonne czy Rienn namalowane są plastycznie i przekonująco. Akcja jest żwawa i wciągająca i tylko ludzie deczko przerysowani, zwłaszcza główny bohater, na którego nie wiedzieć czemu upatrzył sobie Komuda Villona. Nie wiedzieć czemu, bo wcale Villon nie jest tu potrzebny, do niczego. Równie dobrze ten niedokończony humanista, ale bardziej bandyta i złodziej mógł nazywać się, ja wiem...? de Gaulle? Depardieu? Brigitte Bardot? Znane nazwisko to tu tylko nic niewnoszący ozdobnik.

Jak wspomniałem wyżej, książka jest nierówna. Ta nierówność wynika głównie z faktu, że nie jest to jednolita powieść. To trzy osobne utwory, spięte osobą głównego bohatera. Dwa krótkie opowiadania: "Diabeł w kamieniu", który stanowi rodzaj prologu, i zamykające książkę "Tak daleko do nieba", są utworami wyraźnie słabszymi od zasadniczego "Imienia Bestii" i nie wiem, po co zostały zamieszczone. Zwłaszcza to pierwsze jest, moim zdaniem, zwyczajnie złe, nie tyle pod względem fabuły, co warsztatu literackiego. Wygląda, że albo się Komuda tu nie wysilił, albo z wczesnego okresu jego twórczości to pochodzi, bo takim właśnie "debiutantyzmem" tchnie. Najlepsze jest podstawowe i tytułowe "Imię Bestii", i tak mogło pozostać, bez nadymania książki niepotrzebnymi dodatkami.

Dość słabą stroną książki jest jej styl. Komuda ma tendencje do egzaltacji, do pompowania emocjonalnego zdań i akapitów, a redakcji wydawnictwa jakoś to nie przeszkadza, mimo że byłoby do wyeliminowania, choćby przez wykreślenie połowy przymiotników i imiesłowów. Ale nie ma co wybrzydzać, w końcu to nie jest arcydzieło literatury światowej, tylko powieść, którą po przeczytaniu można bez żalu zostawić w przedziale, żeby innym też umiliła podróż. I właśnie w tym kontekście drażni mnie i irytuje pewna marketingowa maniera. Na tylnej stronie okładki wielkimi wołami wypisano slogan reklamujący książkę: "Imię róży" już było... teraz jest IMIĘ BESTII". Panowie copywriterzy, zrobiliście krzywdę tej książce. Zawartość w konfrontacji z tym hasłem może mocno rozczarować i zniechęcić. Bo mimo że niezła, że czyta się ją dobrze i w swojej klasie zasługuje na pochwałę, to ja bym "Imienia Bestii" obok "Imienia Róży" nawet na regale nie postawił. Nie ta liga.
do góry

[Terry Pratchett, Carpe Jugulum]

1 lipca 2006, pl.rec.ksiazki 

Ja przepraszam, ale dziś króciutko. Nie będę się rozpisywać o nowym Pratchetcie, bo zauważyłem, że zmieniając tylko nieistotne szczegóły, cały cykl o świecie Dysku można obsłużyć trzema recenzjami. Wobec tego informuję jedynie zebranych, że warto. Nawet bardzo warto. Do tego stopnia warto, że będę do akurat tej książki zachęcał nawet zdeklarowanych przeciwników twórczości pisarza. Do śmiechu jest mało tym razem, a wizualizacyjne gagi made in Feegle nie rozdrażnią zwolenników innego rodzaju humoru. Moim zdaniem udało się Pratchettowi tym razem napisać ksiązkę wybitną, która dla zwolenników będzie kanonem, a dla przeciwników dotychczasowego stylu pisarza - znakomitą, uniwersalną fantasy, z dużą dawką głębokiej filozofii, ze świetnym fantastycznym instrumentarium, z nastrojem i klimatem, za to z warstwą humoru dla praczetystów wystarczającą, zaś dla tych, co wprost przeciwnie - nieistotną, niezauważalną wręcz, do pominięcia. Więc, proszę mniejszości, tu śmiać się przymusu nie ma. Za to można na własne oczy zobaczyć, że Pratchett wybitnym pisarzem jest. Serio.

Aha, przy okazji doszło do mnie, dlaczego jest cała kupa ludzi, dowcipnych i bystrych, którzy ze zdziwieniem patrzą na te stada zarykujących się ze śmiechu zwolenników Pratchetta. Odkryłem, że do śmiania się z tych ksiązek potrzebne jest specyficzne poczucie humoru, ktorego najwyraźniej pewien odsetek populacji nie ma. To poczucie humoru wizualizacyjnego. Pratchett działa na wyobraźnię. Całkiem niewinne śceny, z nagła wyobrażone, potrafią u tych, którzy to czują, wywołać trudno likwidowalny atak kolki. Ale trzeba je umieć sobie wyobrazić. Jeśli nie ma się tego daru rozwiniętego w dostatecznym stopniu, rzeczywiście można mieć uczucie rozśmieszania na siłę i mało śmiesznych grepsów.

Na puentę nie mam pomysłu.
;-)

do góry

[Connie Willis, Przejście]

8 sierpnia 2006, pl.rec.ksiazki

W końcu zebrałem sie do napisania tej opinii. Przyznam, że chodziła za mną długo, bo tekstów na temat tej książki napisano wiele, a ja z większością z nich (przynajmniej z tą marudzącą większością) mógłbym się zgodzić i nie chciało mi się dublować argumentów. Ale jednak napisałem, bo to jest swego rodzaju ewenement.

Po pierwsze: co za gadatliwa kobieta! King to przy niej małomówny milczek. Napaplała prawie 900 stron, z czego pierwsze 600 można streścić na trzech, a literacko opisać na dwudziestu. Te pozostałe 300 można by potem nazwać dobrą, tylko trochę przegadaną historią :->. Ta pierwsza, dłuższa część jest na tyle rozwleczona i monotonna, że chwilami ma się ochotę rzucić to wielkie tomiszcze w kąt. Ja wytrzymałem do końca, choć z trudem, ale w sumie nie żałuję. Bo końcówka jest już całkiem przyzwoita. Nie będę się rozwodził nad jej treścią, powiem tylko, że podobał mi się ten zwrot od rozgadanego, pseudomedycznego realistycznego paplania do odrealnionej, trochę mistycznej wędrówki w kierunku Tamtej Strony. Takie płynne przejście ze świata, gdzie wszystko się zgadza, wszystko jest logiczne i
poukładane, włącznie z planem przemieszczania się po zakamarkach szpitala w stanie permanentnego remontu, do świata, gdzie nic nie jest prawdziwe, wszystko może nastąpić w dowolnej sekwencji zdarzeń i logika ani realizm w ogóle nie muszą mieć zastosowania.

Trochę mnie rozczarowało zakończenie. Bardziej logiczny byłby jednak koniec pesymistyczny. Optymistyczne danie nadziei na nadpłynięcie Yorktowna jest jednak banalne i bardzo amerykańskie. Przecież nie wszystko musi kończyć się happy endem.

PS. Zastanawia mnie tylko, w jaki sposób wg Willis kończył życie średniowieczny chłop pańszczyźniany, przywiązany na sztywno do kilometra kwadratowego ziemi dookoła niego. Wszak na żadne Titaniki liczyć nie mógł.

do góry

[George R.R. Martin, Gra o tron]

11 września 2006, pl.rec.ksiazki 

Mam z tą książką problem. Bo obiektywnie rzecz biorąc to jest niezła literatura dla kogoś, kto lubi intrygi pałacowe, zawiłości polityczne, politykę, z której, w zależności od decyzji, wynika wojna albo rozmaite wariacje pokoju, kogo rajcują spiski, szpiedzy, skrytobójcy, królowie zdetronizowani i królowie niesłusznie pominięci, nieślubne dzieci szlachetne i wredne dzieci legalne... I tak dalej, i tak dalej. No właśnie. Jeśli ktoś lubi, to ma. Martin precyzyjnie skonstruował całkowicie fantastyczny, misterny świat, z pełnymi życia postaciami, ba, całymi stadami pełnych życia postaci. To jest świat wiarygodny i z wyglądu prawdziwy, chociaż wymyślony, z odrobiną magii, ale bez przesady, za to z mnóstwem historii z branży płaszcza i szpady, a raczej kolczugi i topora.

Ale ja za takimi powieściami nie przepadam. Nawet w prawdziwie historycznych intrygach gubię się w nawale książąt, parów, hrabiów i diuków. Co dopiero, gdy przed moimi oczami przewijają tabuny fikcyjnych intrygantów o wymyślonych nazwiskach i poplątanych koligacjach, a ja wśród setek postaci mam odróżnić Jory Barristera od Rouga Lennistera, na dodatek płci obojga. A muszę, bo nie wiadomo, jaką rolę któremuś z nich autor przewiduje w przyszłości, zaś późniejsze przekopywanie się przez 700 stronicowe tomy, żeby odnaleźć jakiś akapit, jak się okazuje ważny, a przeze mnie pominięty, normalnie mnie przeraża.

Nie zachwyciłem się więc, ale z powodu wyłącznie degustibusa. Bo obiektywnie to jest dobra literatura, napisana ładnie, spójnie i sensownie, chociaż porównywanie jej z Tolkienem, a zwłaszcza stawianie wyżej, jest IMO nieuprawnione. A to z takiego samego względu, jak nieuprawnione jest porownywanie Verne'a z Zelaznym albo Asimovem. Nie ta kategoria, nie ta epoka pisarska, nie to miejsce w tworzeniu historii nurtu literackiego. Zresztą, gdyby nawet na siłę porównywać atrakcyjność nurtów fantasy, których reprezentantami są Tolkien i Martin, to ja wolę ten
tolkienowski. Ale de gustibus non est disputandum, jak wspomniałem.

Znalazłem w tekście trochę kwiatków stylistycznych, które raziły moje oczy. Nie będę ich tu przytaczać, bo podejrzewam, że to raczej kwestia smaku tłumacza niż pisarza, bowiem konstrukcje słowne trącały polską w brzmieniu egzaltacją. Sporo jest tam jednak momentów zalatujących poetyką żywcem wziętą z harlequinów. Od tej strony Tolkien to jednak zupełnie nie ta liga, a może tylko pani Skibniewska to nie ta liga co pan Kruk? Nie wiem i nie sposób tego ustalić bez znajomości oryginałów.

Czytam ten cykl dalej, bo oczywiście wciągnął mnie i jestem ciekaw, jak to się skończy, ale nocy przez to nie zarywam. Fajna lektura na leżak w ogródku, tylko musi być słońce - zdrzemnięcie się podczas śledzenia meandrów koligacyjnych poszczególnych rodów Siedmiu Królestw grozi bez tego przeziębieniem nerek.
do góry

Powrót do strony głównej





R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.