Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2005, część II

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Urszula Sipińska, "Hodowcy lalek", 15.09.2005
  • L. Olson, S. Cloud, "Sprawa honoru. Dywizjon 303...", 26.09.2005
  • Terry Pratchett, Jack Cohen, "Nauka świata Dysku" cz. I, 9.10.2005
  • Terry Pratchett, "Kot w stanie czystym", 10.12.2005
  • Jarosław Grzędowicz, "Pan Lodowego Ogrodu" cz. I, 14.12.2005
  • Ruben David Gallego, "Białe na czarnym", 15.10.2005
  • Ryszard Kapuściński, "Autoportret reportera", 6.11.2005
  • Guy Gavriel Kay, "Pożeglować do Sarancjum", 16.11.2005
  • Guy Gavriel Kay, "Władca cesarzy", 5.12.2005

Cierpienia niedocenionego talentu

[Urszula Sipińska, Hodowcy lalek] 


15 września 2005, BiblioNetka

Coś mnie ostatnio nosi po jakichś strasznych niszach literackich. Nawet specjalnie tego nie chcę, samo tak wychodzi. Zabrnąłem do niszy autobiograficznej, a tam w jeszcze głębszy zakamarek: w memuary pani Sipińskiej. I co by tu powiedzieć? Z pisaniem jest podobnie jak ze śpiewaniem: każdy może, choć nie każdy powinien. Nie będę więc oceniał tego od strony literackiej, bo uznaję, że nie o piękno języka tu chodzi.

Urszula Sipińska była za czasów niesłusznego systemu jedną z gwiazdek estrady. W książce tej zajmuje się opisem cierpień artystów estradowych gnębionych przez komunę, głównie swoich. Wywodzą się z tego dwa generalne wnioski. Pierwszy to taki, że zmarnowała ta wredna komuna niespotykany, gigantyczny talent na miarę światową, na którym poznał się cały świat z wyjątkiem podstępnego Pagartu. I drugi, że gdyby nie to heroiczne obrzydzenie, z jakim pieszczochy władzy występowały na rozmaitych festiwalach i brały za to głodowe honoraria w dewizach, to do dziś byśmy kiwali się zgodnie w Kołobrzegu w rytm przepięknych pieśni, a Wałęsa spinałby na krótko przewody w jakimś stoczniowym warsztacie. Cisi bohaterowie nieznanej walki (a może na odwrót), psia ich mać.

Tak sobie trochę dworuję z tego dorabiania ideologii do zwykłego estradowego życiorysu przebrzmiałej piosenkarki, a to przecież literatura kuchenna i analiz niewarta. Może i tak, ja tego typu książek nie czytuję, nie wiem więc, czy to norma, czy wyjątek, taki bezkrytyczny narcyzm pamiętnikowy. Jest podobno pani Sipińska niezłym architektem wnętrz. Swego czasu przemknęła przez estradowy firmament jak meteor jaki czy inna leonida. To może wystarczy? Nie można być w życiu wszystkim, Leonardo da Vinci był raczej unikatem. Może, tak sobie nieśmiało zasugeruję, niech pisaniem zajmie się już ktoś inny, kto ma trochę więcej do powiedzenia?

do góry

[L. Olson, S. Cloud, Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski...]

26 września 2005, pl.rec.ksiazki

Tę książkę przeczytałem tylko dlatego, że od miesięcy kłuła mnie w oczy na pierwszym miejscu polecanek Biblionetki. Z reguły nie kupuję grubych, wielkich i drogich książek o historii najnowszej, wolę je wypożyczać. Łatwo tu o pomyłkę, dużo łatwiej niż w przypadku beletrystyki, do tego koszty są znaczące, miejsce w biblioteczce zajęte w nieproporcjonalnie duzym stoniu, a i wyrzucić szkoda. Tę kupiłem, właśnie po to, żeby jak najszybciej zweryfikować trafność biblionetkowego polecania. Poza tym drażniła mnie na tym szczycie listy :)

No i, niestety, moje obiekcje przed kupowaniem historycznych cegieł potwierdziły się. Nie, nie mam zastrzeżeń co do merytorycznej, faktograficznej treści tej książki, chociaż historycy coś by tu może mieli do wytknięcia. Czytałem wcześniej kilka wzmianek na temat tej ksiązki i jedna rzecz mnie w nich uderzyła. Otóż największą popularność zdobyła "Sprawa honoru" w Polsce, chociaż, napisana przez Amerykanów, miała w założeniu właśnie Amerykanom otwierać oczy na niedocenioną rolę Polaków w wygraniu przez aliantów II wojny światowej. A tu Amerykanie zainteresowali się, mówiąc eufemistycznie, średnio. I teraz wiem dlaczego. Ta książka jest po prostu źle napisana.

Treść mile łechce nasze polskie ego. Wspaniali byli ci polscy piloci, wspaniała byla w ogóle polska historia, i takich wrednych mieliśmy sojuszników, i do tego nieszczęśliwe położenie geograficzne... I rozpowszechniane fałszywe stereotypy, wymyślone przez carów, kajzerów oraz Hitlera ze Stalinem na spółkę... I w ogóle. Tyle że my, Polacy to wszystko wiemy. Cały wic polega na tym ,żeby uświadomić to światu. No i niestety ta książka tego zadania nie spełnia. Dlaczego? Bo z całego tego
zaangażowania emocjonalnego, tego zapału w przedstawianiu w pozytywnym świetle krzywdzonych przez stereotypy Polaków wyszła jedna, gigantyczna, opasła czytanka dla dzieci ze starszych klas podstawówki. Można by pomyśleć, że tak trzeba, że jest to pionierskie dzieło nieprzeznaczone dla nas, znających swoją historię na wyrywki. Ale przecież tamci czytelnicy czytują książki ambitniejsze od Muminków czy Kubusia Puchatka (z całym szacunkiem)? Ich pisarze historyczni nie traktują swoich czytelników jak infantylnych przygłupów? Czy może tak?

Jak by nie było, rozczarowałem się okrutnie. Okazuje się, że dla popularyzacji poloników w świecie nie wystarczy rzetelna wiedza historyczna i sympatia do Polski i Polaków. Przydałoby się też trochę pisarskiego talentu. Arkady Fiedler ze swoim "Dywizjonem 303" się uniżenie kłania.
do góry

[T. Pratchett, J. Cohen, Nauka Świata Dysku I]

9 października 2005, pl.rec.ksiazki


Początkowo miałem tej recencji nie pisać, bo mi się ta książka nie podobała. Nie winię za to autorów - odwalili kawał rzetelnej roboty popularnonaukowej, przybliżając młodzieży dylematy kosmogoniczne i stawiając te same fundamentalne pytania, które ja sobie też stawiałem - mnóstwo lat temu. Pewnie jest tak, że filozofia, najpierw stworzenia, a potem istnienia, jest tą dziedziną, z którą musi zmierzyć się każde dojrzewające pokolenie i dobrze, że to obecne ma takich przewodników jak Pratchett & co. Tyle, że nie jest to książka dla mnie i pewnie dla nikogo, kogo te tematy dręczą dłużej niż 20 lat.

Przyznam, że spodziewałem się czegoś innego. Ostatecznie stworzenie świata dysku niemal w negatywie do naszego, istniejącego naprawdę, mogłoby stanowić pokusę pociągnięcia tego dalej i ubrania swojego świata w szczegółowe prawa natury. Myślałem, że to będzie o tym. Zawiodłem się - "Nauka..." należy do gatunku książek popularnonaukowych, które w atrakcyjnej, przystępnej formie uświadamiają tym, co tego nie wiedzą, jak kręci się Wszechświat. I tyle.

Powinienem zdobyć się na obiektywizm. Ta książka na to zasługuje. Powinienem napisać, w jak zgrabnej i strawnej formie pisze Pratchett z Cohenem o rzeczach bardzo trudnych do ogarnięcia ograniczonym ludzkim umysłem. Jak fajnie tłumaczy i przekonuje, i wyjaśnia, i przybliża. Powinienem, ale mi się nie chce. Bo niby dlaczego? Ja jestem subiektywnym czytelnikiem i guzik mnie obchodzi misja oświatowa wśród wchodzącej w myślenie młodzieży. A subiektywnie to nie jest książka dla mnie. Bardzo mi z tego powodu przykro.
do góry

[Terry Pratchett, Kot w stanie czystym]

10 grudnia 2005, pl.rec.ksiazki


Pratchett kocha koty. Co ciekawe, on je kocha za to samo, za co ja ich nie lubię. Do tego ma świadomość, że te cechy kota, które tak genialnie i z miłością wykpiwa, tak na serio kwalifikowałyby to egoistyczne zwierzę do ponownego wykopania do lasu i zdziczenia (a raczej do odesłania w nadprzestrzeń, z której pochodzą). I on, jako trzeźwy miłośnik kotów, napisał podręcznik obsługi Prawdziwego Kota. Tę książkę
powinni przeczytać wszyscy kociarze, dla potwierdzenia swoich obserwacji i doświadczeń, a przede wszystkim wszyscy kociarze potencjalni, noszący się z zamiarem wejścia w posiadanie (hehe!) jakiegoś sierściucha. Niektórzy mogą zmienić zdanie... a przynajmniej odpadnie późniejsze tłumaczenie: "ja nie wiedziałem...". Oprócz kociarzy-praktyków oraz kociarzy in spe "Kot w stanie czystym" jest dla każdego, komu smutno i nudno w ten jesienny czas. Ból boków i przepony gwarantowany. Mam wrażenie, że cały nagromadzony ładunek komizmu, jaki drzemał w Pratchetcie, nie wyzwolony w kolejnych, coraz bardziej filozoficznych
tomach Świata Dysku, tu znalazł ujście. Komu smutno - do Pratchetta (trochę żal, że taki cienki).

Aha, i jeszcze jedno. Panie Pratchett, w jednym pan się myli. Mój pies nikomu nie obwąchuje krocza. Robi co prawda inne krępujące rzeczy, ale także nie te, które Wam tu przyszły na myśl.
do góry

[Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu]

 14 grudnia 2005, pl.rec.ksiazki 

Wkurzyłem się. Otóż przeczytałem wstęp do powieści. Wstęp do bardzo dobrze zapowiadającej się powieści. Bardzo dobry wstęp do bardzo dobrze zapowiadającej się powieści. Koniec.

Wątki zgrabnie pozawiązywane, bohaterowie nakreśleni, czas i miejsce akcji atrakcyjne, wszystko spójne i sensowne, pogrymasić można trochę nad sposobem prowadzenia narracji bez specjalnego sensu w dwóch osobach (bo nic z tego nie wynika ani niczemu to nie służy) ale to raczej problem redakcyjny niż merytoryczny. I tak to sie kończy po pięciuset stronach. Ja rozumiem - marketing, łatwiej sprzedawać grubą sagę tom po tomie niż hurtem w całości, ale to wtedy, gdy się czytelnikowi jasno powie: kochany, masz tu pierwszy tom, za dwa miesiące wyjdzie drugi, za następne dwa trzeci i tak dalej. To wtedy ma sens. Nieraz już tak było.
Jeśli natomiast wydaje się coś, co można najwyżej nazwać prologiem, bez choćby przybliżonego zakreślenia czasu wydania kontynuacji, to to jest zabieg marketingowy wymyślony przez marketingowca po przyspieszonych kursach zaocznych. To jest tak, jakby Sienkiewicz wydał "Potop" do słów "Kmicic spalił Wołmontowicze!" a potem oznajmił, że resztę to on kiedyś dopisze. To już nie jest przypadek Sapkowskiego z jego Reynevanem, to nawet nie jest przypadek "Dzieci Hildora". Więc uroczyście oznajmiam: ta saga ma wielkie szanse spodobać mi się. Jeśli jednak będę czekać dłużej niż kilka miesięcy, to na pewno sobie odpuszczę. Ten pierwszy tom to fajne czytadło, ale nie do tego stopnia, żebym miał to czytać drugi raz.

do góry

Światy równoległe

[Ruben David Gallego, Białe na czarnym]


15 października 2005, BiblioNetka

Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy sobie pomyślę, ile inwencji wkładają pisarze sf w rozpracowanie koncepcji światów równoległych. A te światy sobie istnieją. Tu i prawdopodobnie jeszcze teraz. Na Ziemi, w szczęśliwych, choć coraz rzadziej spotykanych rajach - rajach z zadekretowaną powszechną szczęśliwością. Światy z niewieloma punktami stycznymi, o różnych prawach natury i różnych systemach wartości.

To jest książka o głęboko niepełnosprawnych fizycznie dzieciach. O ich równoległym świecie. O równoległym świecie stworzonym przez chyba jedyny zdolny do tego ustrój: radziecki socjalizm. Tak sobie myślę, że stworzenie oficjalnie usankcjonowanej enklawy innego człowieczeństwa możliwe było tylko w tamtym ustroju. Innego rodzaju totalitaryzmy rozwiązywały te sprawy brutalnie i ostatecznie. Socjalizm nie. Socjalizm stworzył inny gatunek człowieka, którego, dopóki był dzieckiem, zgodnie z przepisami i normami uczył, utrzymywał przy życiu, rozwijał intelektualnie według jego talentów i wpajał miłość do najdoskonalszego z ustrojów, a potem, z chwilą osiągnięcia pełnoletności, gdy ledwie dorosły nie był w stanie nauczyć się robić przysłowiowych mioteł, nakazywał mu umrzeć. Zgodnie z normą. Żadnej eutanazji, broń Boże. Umrzeć śmiercią naturalną z powodu niemożności wykonania elementarnych czynności dla podtrzymania własnego życia: podniesienia łyżki, wyjścia z łóżka za fizjologiczną potrzebą, napicia się wody. Zgodnie z przepisami takie osoby w wieku lat 18. kwalifikowały się do starczych umieralni - bo nie da się określić tych przybytków mianem domów starców.

Dwa szokujące elementy nadają tej książce inny wymiar. Pierwszy to prawdziwość: Ruben Gallego pisze o sobie. Tak, to są jego prawdziwe losy. Autor jest urodzonym w Moskwie synem Wenezuelczyka i Hiszpanki. Wychował się, jako sierota, w sowieckich domach dziecka. Jego sieroctwo naznaczone było dodatkowym piętnem: był ofiarą dziecięcego porażenia mózgowego, dzieckiem pozbawionym niemal zupełnie zdolności operowania kończynami. To, że przeżył system umierania, zawdzięcza w dużej mierze splotowi przypadków i ludzkiej wrażliwości niektórych opiekunów. Gallego o tym szczegółowo nie pisze, zostawiając ten element niedopowiedziany, lecz z opisanego mechanizmu funkcjonowania świata niepełnosprawnych w ZSRR łatwo można tę resztę sobie dośpiewać.

Drugi czynnik - to aktualność. Gdy zaczynałem czytać tę książkę, jakoś nie docierał do mnie czas, w którym dzieje się jej akcja. Podświadomie lokowałem ją w czasach stalinizmu, może przed-, może zaraz powojennego. Choć przewijające się tam różne atrybuty nie bardzo się z tym moim odbiorem zgadzały, podświadomie je wypierałem, bo okrucieństwo tamtych dawno minionych czasów było w tym kontekście bardziej oczywiste. Prawdziwy okres, w którym działy się opisywane wydarzenia, uświadomiłem sobie dzięki jednemu małemu szczególikowi. Otóż w pewnym epizodzie całkowicie upośledzony ruchowo chłopiec, któremu wkrótce miało skończyć się życie na łóżku w domu starców, we własnych odchodach, między "dochodiagami", w ostatnich dniach pobytu w domu dziecka czytał "Solaris" Lema.

Wstrząsająca książka. Ja już wiele rzeczy w życiu widziałem i niełatwo mnie zaszokować ani mną wstrząsnąć. Rubenowi Gallego to się udało. Polecam odpornym psychicznie i wrażliwym jednocześnie. To jedna z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem.

do góry

[Ryszard Kapuściński, Autoportret reportera]

 6 listopada 2005, pl.rec.ksiazki

Trochę się rozczarowałem. "Autoportret reportera" to tytuł mylący - Kapuściński tego nie napisał. Ta książka to taki patchwork, posklejana w miarę tematycznie z wypowiedzi Kapuścińskiego, jakich udzielał w różnych wywiadach. Zrobienia z tego spójnej całości podjęła się Krystyna Strączek i moim skromnym zdaniem wyszło jej tak sobie. Dużo w tym informacji o reporterze, dużo o jego pracy, o jego podejściu do zawodu, do życia, ale trochę to jakieś płaskie, dwuwymiarowe, i mocno widać
miejsca klejenia. Ja czytałem niemało Kapuścińskiego oraz sporo tych wywiadów, które posłużyły za źródło książki. Powiem, że tam, we własnych tekstach autora i w pełnych zapisach z nim rozmowy, jest o Nim dużo więcej, dużo pełniej i dużo prawdziwiej, mimo że z reguły nie miały one za cel takiej jednoznaczej hagiografii Kapuścińskiego. Okazuje się, że On najlepiej przedstawia się sam, przez swoje dzieła.


Z prawdziwym utęsknieniem czekam więc na autorską autobiografię, bo wyszło, że może być także nieautorska :) . Obawiam się jednak, że się nie doczekam. Kapuściński woli pisać o świecie. Na pisanie o sobie najwyraźniej nie ma czasu. Szkoda.

do góry

[Guy Gavriel Kay, Pożeglować do Sarancjum]

16 listopada 2005, pl.rec.ksiazki

No i mi Kay short listę ulubionego fantasy przemeblował. Tak, to jest to, czego od dłuższego czasu szukałem w literaturze fantastycznej, a co w pewnym stopniu dał mi Sapkowski w "Narrenturmie" i "Bożych bojownikach": prawdziwy świat.

To prawie nie jest fantasy. "Pożeglować do Sarancjum" i w ogóle cały cykl "Sarantyńska mozaika" wrzucił Kay do tego gatunku praktycznie dwoma prostymi zabiegami: umieszczeniem na niebie dwóch księżyców i odrobiną magii. Cała reszta to tylko zmiana nazw i lekkie przemeblowanie tła, zrobione przede wszystkim po to, że uwolnić fantazję pisarza z konieczności dotrzymywania wierności realiom historycznym epoki Bizancjum. Dzięki temu nie musiał się zastanawiać, czy w okresie budowy Hagia Sophia imperium wojowało z Wizygotami, czy może z Persami, i żaden historyk-perfekcjonista nie będzie mu się na ten temat mądrzyć. Dzięki temu powieść koncentruje się na swojej treści. A treść jest przepiękna.
To jest opowieść nie o rycerzach, nie o magach, elfach czy krasnoludach. To opowieść o artyście, o twórcy mozaik, wynajętym przez cesarza do ozdobienia kopuły budowanego przez niego sanktuarium. Prędko teraz przelatuję myślą różne przeczytane przeze mnie książki fantastyczne - i nie mogę znaleźć drugiej takiej, która w tak pełny, bogaty, zróżnicowanmy i oryginalny sposób przedstawiałaby sylwetki swoich licznych bohaterów: od niewolników po królów i cesarzy, tak wiarygodnie i precyzyjnie malowałaby świat, w którym osadzona jest akcja. Kay
stworzył nie tylko znakomitą literaturę fantastyczną. On stworzył znakomitą literaturę. Bezprzymiotnikową.

Bardzo polecam, szczególnie tym wszystkim, którzy nie przepadają za papierowymi czarodziejami i herosami wypełniającymi kartki różnych mutacji epopei o Conanie Barbarzyńcy. Jeśli lubicie historię lub romans z dawnych wieków z odrobiną bajki - weźcie się za Kaya. On siedzi okrakiem na granicy między fantastycznym gettem a literackim mainstreamem. A nawet moim zdaniem często spada na tę główna stronę :).

do góry

[Guy Gavriel Kay, Władca cesarzy]

5 grudnia 2005, pl.rec.ksiazki

Ci, którzy głoszą, że "Władca cesarzy" i "Pożeglować do Sarancjum" stanowią jedną opowieść, mają rację i jednocześnie jej nie mają. Gdy czyta się te książki jedną po drugiej, rzeczywiście nie można oprzeć się wrażeniu, że Kay podzielił fabułę trochę sztucznie na dwa tomy. A jednak jest jeden czynnik, który te tomy wyraźnie odróżnia i czyni z nich dwie praktycznie samodzielnie żyjące powieści. Ten czynnik to styl narracji i klimat. Z tego powodu łatwo wyobraziłem sobie koniec historii na
ostatniej stronie "Pożeglować..." i równie bez trudu "Władcę" bez zawiązania intrygi w poprzedniej książce.

O części pierwszej pisałem jakiś czas temu, nie będę się więc powtarzać. Część druga służy rozwiązaniu wszystkich wątków i intryg z części pierwszej oraz chyba nawet większej ilości intryg i wątków, które autor dorzucił już tu. Z tego powodu akcja nabiera tempa, czasami wręcz takiego, że sam Kay nie nadąża (o czym potem). Nie będę tu spoilować, choć aż się prosi, powiem tylko, że jest to kawał świetnej fantasy, a gdyby nie te drobne elementy "ufantastyczniające", można by powiedzieć: kawał doskonałego historycznego romansu - z soczystymi intrygami,
rozmachem, miłością i zbrodnią. Znakomita książka, prawie jak poprzednia część. Dlaczego prawie? A właśnie.

Z góry zaznaczam, że będę teraz wybrzydzał, chociaż moje wybrzydzanie jest takiego samego rodzaju, co marudzenie, że Otello u Szekspira jest, jak na Murzyna, za mało czarny. Otóż wydaje mi się, że Kay z ilością wątków pobocznych przegiął, w związku z czym albo je niesłusznie zlekceważył i spłycił (Shaski, Shirin, Lysipp) albo nie miał koncepcji, co począć z tak pięknie zawiązaną akcją (sztuczne ptaki). Osobnym fenomenem jest zakończenie. Tak sobie pomyślałem, że na dobrą sprawę ten koniec mógłby być taki sam przy co najmniej jednej, dwóch, a gdyby nie
pewien zabieg okulistyczno-chirurgiczny, to nawet trzech postaciach kobiecych. Niczego by to w fabule nie zmieniło, nie spłyciło ani nie wzbogaciło. Praktycznie inne byłoby tylko ostatnie użyte imię żeńskie. Kay użył tej osoby, której użył, dzięki czemu uniknął kolejnego nierozstrzygniętego wątku, z którym, jak mi podpowiada silne podejrzenie, nie bardzo wiedział, co zrobić, ale akurat wersja ta była
najbardziej wydumana, nieuzasadniona i nieprawdopodobna.

Tyle marudzenia. Całość, "Sarantyńską mozaikę", polecam ze szczerego serca. Świetna.

do góry

Powrót do strony głównej



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.