Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2005, część I

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Mitch Albom, "Pięć osób, które spotykamy w niebie", 3.01.2005
  • Andrzej Pilipiuk, "Kuzynki", 25.01.2005
  • Stephen King, "Martwa strefa", 1.03.2005
  • Stephen King, "Cztery pory roku", 4.04.2005
  • Dorota Masłowska, "Paw królowej", 25.05.2005
  • Marta Dzido, "Małż", 18.06.2005
  • Anna Brzezińska, "Wody głębokie jak niebo", 14.07.2005
  • Terry Pratchett, "Czarodzicielstwo", 15.07.2005
  • Piotr Czerwiński, "Pokalanie", 7.09.2005

Prosto, plastycznie, naiwnie...

[Mitch Albom, Pięć osób, ktore spotykamy w niebie] 


 3 stycznia 2005, BiblioNetka

Umiera człowiek. Stary Eddie, weteran wojenny, pracownik techniczny wesołego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Ginie, ratując dziecko od śmierci, gdy zerwał się wagonik kolejki. Na takim banalnym motywie snuje swoją opowieść Mitch Albom. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że on tak swoją opowieść zaczyna, nie kończy. Bo śmierć Eddiego jest początkiem prostej i wzruszającej historii o relacjach między ludźmi i o tym, jak mogą być one zaskakujące i przypadkowe. A opowieść toczy się w niebie.

Książkę kupiłem przy okazji zakupów w supermarkecie. To o tyle ważne, że ta książka jest taka trochę 'supermarketowa' w sferze emocji: trzyma w miarę niezły poziom, niektóre elementy ma całkiem świeże, inne - nie powiem: nieświeże - raczej klasyczne. Typowy współczesny amerykański bestseller, bez europejskich miazmatów i moralnego dzielenia włosa na czworo. Bardzo dobrze i spójnie skonstruowany, czyta się gładko, emocje przeżywa proste, by nie rzec naiwne.

O autorze z europejskiej perspektywy za wiele powiedzieć się nie da. Napisał bodaj osiem książek, co jak na amerykańskie standardy wyczynem nie jest, w tym wydane w Polsce: "Niezapomniana lekcja życia" i "Wtorki z Morriem". Jest dziennikarzem sportowym, felietonistą, pracuje w radiu i udziela się w organizacjach charytatywnych. Tyle o nim wiadomo. To niewiele, zważywszy, że z okładki "Pięciu osób..." można wyczytać, iż powieść ta jest bestsellerem sprzedanym w 6 milionach egzemplarzy w 48 krajach. Tajemniczy mistrz, czy jednodniowa jętka? Za mało o nim wiem, by nawet na własne potrzeby orzekać jednoznacznie.

Cała fabuła "Pięciu osób..." zawarta jest w tytule: umiera człowiek, w niebie spotyka kolejno pięć najważniejszych osób, które miały decydujący wpływ na jego życie, takie kamienie na życiowych rozstajach. Najważniejszym, i właśnie świeżym elementem warstwy emocjonalnej tej miłej książki jest stwierdzenie, które stopniowo wyłania się z niebiańskich spotkań głównego bohatera: że bardzo często osobami, które powodowały zasadnicze zwroty w naszym życiu, są ludzie, których zupełnie o to nie posądzamy, ba, których w ogóle możemy nie znać. Fakt. Cegłę lecącą ci na łeb z rusztowania może złapać bezimienny murarz z niższego piętra, którego nigdy nie widziałeś i nie zobaczysz na oczy. A dzięki niemu żyjesz.

Jeszcze coś mi się podobało: malarskość tej powieści. Taki trochę impresjonistyczny, a trochę jak z "Arizona dream" klimat lekko surrealistycznego pejzażu, malowanego piórem nie gorzej niż pędzlem. Proste barwy, jak w starym 16-kolorowym formacie CGA, jak spod kolorowego filtra nałożonego na ekran czarno-białego telewizora. Ujmujące. Lubię to.

do góry

[Andrzej Pilipiuk, Kuzynki]

25 stycznia 2005, pl.rec.ksiazki

Jezu, co za bzdury... Ja wiem, że to jakby fantasy, ale jeśli fantasy osadza się w Polsce XXI wieku, to zwykła przyzwoitość nakazywałaby zachowanie odrobiny, już nawet nie realizmu, tylko zwykłej logiki. Zacznę jednak od pozytywów, bo po opisaniu wad może mi się odechcieć pisać cokolwiek.

Otóż moim zdaniem jedynym pozytywem tej powieści jest wartka akcja. Mimo zżymania się na całą resztę przeczytałem bez znudzenia do ostatniej strony, chociaż ostatnie kilkadziesiąt to już tylko z rozpędu, bo z niewiadomych przyczyn Pilipiuk ociąga sie z postawieniem ostatniej kropki, mamlając i papląc o niczym przez całkiem spory fragment zakończenia. Nie wiem, przydział papieru musiał wykorzystać, czy jak? Jeśli ktoś wybiera się w długą podróż pociągiem, "Kuzynki" skutecznie pozwolą mu zabić nudę, pod warunkiem, że nie będzie się wgłębiał w sens i niuanse tej książki. I tyle pozytywów.

O negatywach rozwodzić się nie będę, odsyłam do bardzo dobrych [przeczytanych] autorstwa Diany (dostępne na stronie domowej prk). Pod jej opiniami podpisuję się czterema łapami. Napiszę tylko o jednym, bo to mnie najbardziej wytrącało z czytania i brzuch mnie od tego bolał. Ze śmiechu. Katarzyna Kruszewska, 20-latka, jest agentem CBŚ (buaaahahaha!), superspecem od komputerów i supertajnych baz danych (ueeeeehehehe!), ekspertem psychologii, znającym superskuteczne knify
oddziaływania na innych ludzi (iiiihihihi!) i do tego chodzącą maszyną walki wręcz (aaaa, ratunku!). Aha, i jeszcze ma bezpośredni i tajny dostęp do najtajniejszego generała najtajniejszych służb, mimo, że ją z tego CBŚ-u wywalili (hep, hep, hep, no tak, czkawka). Już nie będę się rozwodził nad możliwościami technicznymi polskiego CBŚ-u, bo mogę tego nie przeżyć. Otóż, dla nieznających realiów nastolatków w wieku wczesnolicealnym pożyteczna informacja: w CBŚ-u 20-letnia dziewuszka byłaby mniej więcej na etapie nauki parzenia kawy dla zastępcy szefa delegatury powiatowej w Pcimiu (przepraszam mieszkańców Pcimia za wycieranie sobie gęby ich pięknym miastem). Jeśli w ogóle do tego CBŚ-u by trafiła, nie kończąc kariery w sekretariacie komendy Straży Miejskiej onego Pcimia. No to jak można tę książkę czytać bez zagrożenia zdrowia i życia? Bo cała reszta "realiów" jest na tym samym poziomie, albo i na niższym i dotyczy wszystkich trzech bohaterek pierwszego planu, bohaterów drugoplanowych oraz tzw. stojaków na halabardy. Wszystkich.

Cały czas zachodzę w głowę, czemu Pilipiuk napisał takie kretynizmy. Przecież naprawdę niewiele potrzeba, żeby tło powieści uprawdopodobnić, np. dodając bohaterkom po 10 lat i trochę doświadczeń w innym niż opisywane środowiskach historycznych. Nic nikomu by nie ubyło. No bo przecież chyba to niemożliwe, żeby autor nie potrafił wyobrazić sobie i przelać na papier paru szczegółów realnego życia? Zmaterializowała się przypowieść o życiu w wieży z kości słoniowej?

do góry

Finał z życia Polaków, czyli skutki pisania na wagę

 [Stephen King, Martwa strefa]

1 marca 2005, BiblioNetka

"Martwa strefa" to nie jest jakieś wybitne dzieło. Raczej, jak na Kinga, przeciętne. To bardziej obyczajowy thriller niż dzieło z głównego kingowskiego nurtu, ale czytałem już swego czasu "Serca Atlantydów" - rzecz o podobnym charakterze - i podobało mi się. Tu - nie bardzo.

"Martwa strefa" to - mówiąc w skrócie - powieść o facecie, który w życiu kilka razy mocno stuknął się w głowę i od tych stuknięć nabrał pewnych zdolności parapsychicznych, jasnowidzenia mianowicie. Dzięki czemu dzielnie wspomógł policję, co mogło być świetnym finałem powieści, ale Kingowi było mało i jeszcze musiał dołożyć udaremnienie wyboru amerykańskiego Leppera na prezydenta. Oczywiście trywializuję i się wydurniam, ale zirytował mnie King lekko i to taka moja mała zemsta. Bo w rzeczywistości książka wcale zła nie jest, tylko sprawia wrażenie pozlepianej z kilku nie bardzo spójnych wątków, połączonych właściwie jedynie osobą tego walniętego w czoło, bo reszta wspólnych rekwizytów to atrapy. Ja nie wiem, czy w Ameryce płaci się za pisanie, tak jak u nas za komuny, od metra, czyli od strony znormalizowanej? Czy może od kilograma? Bo to już drugie takie dzieło Kinga (po "Sercach Atlantydów"), które sprawia na mnie wrażenie sklejanego w celu uzyskania odpowiedniej grubości.

Efekt tych zabiegów tuczących był w moim przypadku taki, że miotałem się w odczuciach od ściany do ściany. Najpierw - że to wtórne w stosunku do "Serc Atlantydów", co było abstrakcją i nonsensem, jako że "Martwa strefa" powstała ze 20 lat wcześniej. Potem, gdy rozwijał się wątek wychodzenia z powypadkowej śpiączki i znajdowała swój finał afera z seryjnym mordercą, wraz z wątkiem miłosnym i parapsychicznym, byłem zachwycony i już-już szykowałem się do postawienia 6-tki w Biblionetce. A potem nadszedł moment, gdy jakaś siła sprawcza nakazała Kingowi dołożenie jeszcze stu stron. I znowu mi wszystko opadło (chodzi o entuzjazm).

Przyznaję uczciwie: to ten doklejony, niedorobiony wątek ratowania świata przed populistą-szaleńcem (ach, jak on pięknie skopał tego psa, błeee!) najbardziej zaszkodził tej książce w moich oczach. Ale to może mieć głębsze tło. Tekst powstał chyba w roku 1979 (taki copyright przynajmniej jest na stronie redakcyjnej). Wtedy możliwość wykorzystania mechanizmów demokratycznych dla przejęcia władzy na fali debilnego populizmu wydawała się abstrakcyjna i rodem z political fiction. A my mamy w tej materii swoje doświadczenia, wcale realne. Może to moje rozczarowanie bierze się więc stąd, że ja lepsze kawałki już w gazetach czytałem?
do góry

[Stephen King, Cztery pory roku]

4 kwietnia 2005, pl.rec.ksiazki

Właściwie powinienem napisać cztery oddzielne recenzje (i gdybym był cwany, to bym tak zrobił). Bo "Cztery pory roku" to cztery minipowieści, a nawet, jak "Metoda oddychania", większe opowiadania. Ale te odrębne opinie należą się tej książce także z innego powodu: te cztery dziełka łączy wyłącznie zabieg formalny, w postaci dość zresztą dowolnie interpretowanego przypisania każdego z nich do jakiejś pory roku. Jak pisze sam King w posłowiu, powstały one zupełnie niezależnie, w innych okresach, jako wynik rozpędu pisarza po skończonym głównym dziele. Tak to King ujmuje: pisał sobie jakieś, dajmy na to "Miasteczko Salem", pisał, pisał, potem skończył - i nie mógł się zatrzymać. No i tak powstało "Ciało". Każda z nowelek jest więc zupełnie inna i każda podobała mi się w innym stopniu.

Książka zaczyna się od "Skazanych na Shawshank", opowieści tu przemianowanej na "Wiosnę nadziei". Na marginesie, "Cztery pory roku" były wcześniej wydane w Polsce pod tytułem tej minipowieści - nie wiem, dlaczego. Polska mania zmieniania tytułów na siłę? Ale do rzeczy. "Skazani..." to żywy scenariusz i wcale sie nie dziwię, że zostało to sfilmowane. Nie pamiętam filmu, dlatego nie potrafię porównać, co
lepsze, ale powieść jest niezła. Trochę w niej co prawda takich niedopowiedzeń i nierozwiniętych sekwencji, które aż się proszą o głębsze potraktowanie (albo dopowiedzenie obrazem, co uczyniono za Kinga), ale czyta się dobrze. Horroru nie ma tu za grosz, to sensacja czystej wody i amatorom tego gatunku polecam z czystym sumieniem.

"Zdolny uczeń" (albo "Lato zepsucia") to z kolei doskonałe studium psychicznego, obsesyjnego związku młodego chlopaka z emerytowanym wojennym mordercą z obozu koncentracyjnego, ukrywającym się w Stanach i przez tego chłopca rozszyfrowanym. Z błahej, dziecinnej i jajcarskiej chęci wykorzystania zdobytej przewagi rodzi się mroczna i ponura asocjacja, przekształcająca psychikę chłopca i jego ofiary. Role się odwracają, psychika wypacza, atmosfera gęstnieje, fatum wisi, jest pięknie. Poważnie, bardzo dobry psychologiczny thriller.

I z tego mrocznego klimatu trafiamy w panakingową nostalgię. "Jesień niewinności" (czyli "Ciało") to przede wszystkim wariacja na temat nostalgicznych czasów młodości, kumplostwa, rodzenia się talentu pisarskiego, dla niepoznaki wpleciona w historyjkę z ciałem zabitego przez pociąg chłopca. Od razu powiem, że podobała mi się najmniej. King w głównej historii opowiada inne historie, w tym jedną tak nudną, że ledwie zmusiłem się do nieopuszczania co bardziej rozwlekłych kawałków. Sama podstawowa fabuła też porywająca nie jest. Ot, takie sobie
opowiadanko. Cienko.

Za to na koniec trafiamy na perełkę. "Metoda oddychania", występująca tu jako "Zimowa opowieść", to horrorowate opowiadanie, pełne nieokreśloności, niedopowiedzeń i wiszącej gdzieś na uboczu grozy. Jest w nim, wbudowane, inne opowiadanie: okropne wprost, bez niedopowiedzeń, takie w stylu "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną", czyli straszące naturalistycznym krwawym opisem. Ale dla mnie najlepsze było tło całej, zda się, niewinnej historyjki, bo to tło, jak się okazuje, to kwintesencja lęku, niepokazanego, nieopowiedzianego. Nie, nie ma
strachu, spać po tym można, to jeszcze nie jest ten prawdziwy King. Ale umiejętność budowy niepokoju (o, to dobre słowo) w tle spotkań nobliwych starszych panów sprawia, że po zamknięciu ostatniej strony można sobie powiedzieć: dobre, mocne.

A całkiem na koniec serwuje nam King jeszcze jedną nieznaną wcześniej, przynajmniej mi, umiejętność pisarską. Posłowie to lekki, trochę humorystyczny skrócony pamiętnik pierwszych kroków pisarskich autora oraz historii powstania "Czterech pór roku". Powiem Wam, że ten King bardzo mi się spodobał. Kto wie, czy nie bardziej niż King-straszyciel. Czy on napisał jakieś memuary? Bo powinien.

do góry

Hiphopowa ciekawostka

[Dorota Masłowska, Paw królowej]

25 maja 2005, BiblioNetka

Najpierw o warsztacie. Jeden znany artysta malarz, profesor ASP, zwykł mawiać do swoich studentów, mających ambicje tworzenia sztuki abstrakcyjnej, performersów i innych pikasów: ty się, kochany, najpierw naucz konia rysować. Otóż ja bym bardzo chciał, żeby mi Masłowska, zanim zacznie eksperymentacje jakieś z językiem uprawiać, najpierw namalowała konia. Ot, choćby takiego, z jakiego przed dziennikarzem się wyśmiewa: "Szedł ulicą. Zmierzchało". Bo tak, to tylko daje wydawcy na redaktorze zaoszczędzić. Kto na trzeźwo podejmie się redagowania tekstu, w którym nie wiadomo, co jest zamierzonym zabiegiem artystycznym, a co ortograficznym czy składniowym babolem? Tu mnie tknęło i swoją figurę retoryczną sprawdziłem ze stanem faktycznym. Noż jasnowidz jakiś? Redakcji ani korekty niet.

Obiektywnie rzecz biorąc, od tej pory wszystkie Peje, Sidneye, DJ-e i inni hiphopowi rymoskładacze to powinni wykonać "siad w kącie i wstydził się". Walnąć 150 stron hiphopowej rymowanki na jednym oddechu to nie jest w kij dmuchał. Poważnie. Tu czapki z głów przed Masłowską, książka na warstat i do nauki, panowie "poeci". Wcale nie żartuję.

Jak sugerowałem delikatnie w pierwszym akapicie, nie wiem, czy Masłowska ma talent pisarski, czy tylko błazeński. Spod maniery hiphopowego tekstu mało co widać, chociaż czasem zabłyśnie tu i tam jakaś perełka. Ale ta książka, tak jak poprzednia, ma szokować formą, a doszukujących się głębszych treści pacyfikuje autorka co jakiś czas wstawkami samobiczującymi i wyśmiewającymi jej własną twórczość. To jest mało odkrywcze, proszę Autorki, to już pan Pilipiuk praktykował z powodzeniem. I pierwszy.

Książkę czyta się źle, właśnie ze względu na manierę. Z pewnością lepiej by się jej słuchało z podkładem jakiegoś umc, umc, bo to, jak pisałem, żywa rymowanka. I historyjki takie, jak tu opowiadana, lepiej brzmią i wznioślej, gdy się je z dramatycznym przejęciem melorecytuje. Bo fabułka, psychologiczne sylwetki bohaterów, zwroty akcji itp., po odcedzeniu z rozbudowanej formy, to - przepraszam - kaszana jest. Gdyby to samo napisać po ludzku, pies z kulawą nogą by się nie zachwycił. A tak, to paru ludziom, zwłaszcza młodym kandydatom na nonkonformistycznych intelektualistów, z pewnością się spodoba. No cóż, być może jest taka nisza i ona potrzebuje swojego barda. No to ma Masłowską.

Tak się zastanawiam, co dalej? Już po "Wojnie..." wydawało mi się, że autorka zabrnęła w stylistyczną ślepą uliczkę i że - żeby z niej wyjść - musi wykonać dużą robotę w bardziej konwencjonalnym stylu. Okazało się, że ta uliczka ma jeszcze odnogi, nie mniej ślepe, ale dające złudzenie swobody ruchów. No to grzecznie podpowiadam: jest jeszcze taki, popularyzujący się zwłaszcza w internecie, styl pisania. Króluje on w blogach, GG i na różnych forach. Moshe naffftempnom "pofiests" machnąts w takim ffftylu? Tesh sssa fiele nad trestsiom i guembiom zaffftanafiats by siem ftedy nie tsheba. Forma pokryje.

do góry

Rzecz o dziewczynie...

[Marta Dzido, Małż]

18 czerwca 2005, Biblionetka

Gdybym był złośliwy i cyniczny, zatytułowałbym tę recenzję: "Rzecz o dziewczynie, której się robić nie chce". Ale złośliwy nie jestem, przynajmniej nie aż tak, powstrzymałem się więc w ostatniej chwili. Bo "Małż" to opowieść o Alicji, tej od Krainy Czarów. Alicji piętnaście lat później. Alicji, której lustro się stłukło, zostało sprzedane, wyniesiono je na strych, przepadło gdzieś tam, w czasie. Alicji, która nagle odkrywa, że świat nadwrażliwej, subtelnej, nieprzystosowanej i wyalienowanej dziewczynce nie ma w zasadzie na co dzień nic do zaoferowania. Bo okazuje się, że w zwykłym świecie, gdy wyimaginowany świat z dziecięcego kokonu pozamyka wszystkie wyjścia do tajemniczych ogrodów, jest tylko szarość, codzienność i marnie opłacana rzeczywistość, że ten nowy, prawdziwy świat dopiero trzeba brutalnie zdobyć i nie ma w nim za wiele miejsca na materializację tego, co komu w duszy gra. A jeśli ktoś się nie przystosuje, nie dopasuje do reszty tego gigantycznego zaprzęgu, to sam się skazuje na outside. Choćby nie wiem jak był inteligentny, wykształcony i wrażliwy. Lajf is brutal - okazuje się, że w tym kabaretowym truizmie zawiera się większość sensu codzienności.

Przyznaję, że za "Małża" wziąłem się w odruchu poszukiwania równowagi po traumatycznych przeżyciach z prozą Masłowskiej. Przecież - myślałem sobie - nie może być tak, że już nikt nie będzie potrafił pisać normalnie i krytycy literaccy zachwycać się będą już tylko sztuką wynajdywania pokracznych form przekazu. Że literatura nie przestanie być sposobem na przekazanie ważnych treści. I nie zawiodłem się.

Marta Dzido to dziewczyna z tego samego pokolenia, co Masłowska. Wychowana, ukształtowana w takich samych klubach, na takim samym piwie i jointach, na upartego mogły się mijać prawie na tych samych imprezach. Jest studentką Szkoły Filmowej w Łodzi. W notce wydawniczej dokłada sobie dorosłości, jakby pisała CV: tu coś napisałam, tam coś nakręciłam... Ale to de facto debiutantka, to jej pierwszy prawdziwy, skończony utwór. Mogę tak napisać, chociaż nie jest to jakieś wiekopomne, rozwalające skostniałe struktury dzieło, kamień milowy polskiej literatury. Przeżycia młodych nieprzystosowanych, borykających się ze światem, który ich nie chce, bo nie godzą się na codzienność, bywały już tematem literackim dla paru pokoleń młodych twórcow. Ale Marta umiała pokazać, że ma coś do powiedzenia na ten temat, coś, co opisuje pewien fragment świata tej dzisiaj wkraczającej w bezwzględną rzeczywistość generacji. Gdy szczury pędzą, a czasem któryś nie może nadążyć.

Będę patrzył na tę dziewczynę, z pozycji coraz starszego dziada, ale z nadzieją, że dzięki takim jak ona będzie jeszcze kiedyś można wziąć polską książkę do ręki bez strachu, że okaże się artystycznie zmodyfikowaną książką telefoniczną.

do góry

Ach, gdybym był kobietą...

[Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo]

 
14 lipca 2005, BiblioNetka

Zawsze uważałem, że określenie "literatura kobieca" trąci feminizmem i chęcią wyróżnienia się z ogólnego nurtu literatury, rzekomo zdominowanej przez przebrzydłych samców. Że powstało na wyrost i trochę na siłę. Dotychczas czytane książki, aspirujące do tego, aby je zaliczać do tak wyróżnionego nurtu, tylko mi to potwierdzały. Bo albo to były książki dobre, albo złe, ale zwyczajne książki. Aż do teraz, gdy przeczytałem ostatnie (a moje pierwsze) dzieło Anny Brzezińskiej. Teraz dalej nie wiem, czy istnieje "literatura kobieca", za to wiem na pewno, że fantasy kobieca i owszem. Żyje - i ma się znakomicie.

Ten podział, to wyróżnienie oddziela mi Brzezińską od reszty tłumu pisarzy tego nurtu nie tematyką, nie bohaterami, nie jakimiś specyficznymi atrybutami. Tym, co wyraziście odróżnia "Wody..." od szarej fantastycznej masy i pozwala na stworzenie dotąd nieuznawanego przeze mnie odgałęzienia, jest styl. Zastanawiałem się, jak go nazwać: takie precyzyjne, detaliczne pióro, budujące nastrój i opisujące rzeczywistość w taki urokliwy sposób. Na stoliku obok mnie leży coś, co bardzo mi przypomina pisarstwo Anny Brzezińskiej: misternie wydziergana, niepowtarzalna we wzorze koronka.

To koronkowe pisanie wystarcza właściwie za wszystko. Bo nie ma tu jakichś nadzwyczajnie świeżych pomysłów fabularnych ani wykwitów nadpobudliwej wyobraźni. Jest ślicznie zbudowany świat, delikatny jak pajęczyna. Czasem, chcąc wyszukać coś do skrytykowania, starałem się czepiać braku efektownych puent czy zapierającej dech w piersiach akcji. Tego rzeczywiście czasem brakuje. Ale to jest nieważne. Tę książkę czyta się z przyjemnością i bez tego. Mając świadomość braków fabularnych, człowiek sobie uprzytamnia, że są to braki zupełnie nieistotne.

"Wody..." to zbiór opowiadań, osadzonych w świecie opartym na kulturze włoskiej. Kraina rządzona przez magów, którzy władają minipaństewkami na wzór średniowiecznych Włoch, budują przepiękne miasta, kształtują po swojemu poddanych i w ogóle rzeczywistość, wplatając w to demony spoza świata. Są okrutni i wspaniali. I zmagają się z rzeczywistością "materialistyczną", co daje świetny efekt zderzenia średniowiecznej ciemnoty i zabobonu z krainą baśni. Pozornie samodzielne opowiadania bardzo dobrze współgrają, dając przekrój przez duży kawał historii tej fantastycznej krainy, od czasów świetności aż po upadek i bliskie zwycięstwo średniowiecznego ciemnogrodu.

Bardzo mi się to podobało, a myślę, że kobietom powinno podobać się jeszcze bardziej. Bo wyobraźnia Anny Brzezińskiej jest bardzo kobieca i do podobnych sobie zdaje się przemawiać najbardziej.
do góry

[Terry Pratchett, Czarodzicielstwo]

15 lipca 2005, pl.rec.ksiazki

Dłuższej recenzji nie będzie, bo bez spoilerów wszystkie recenzje z Pratchetta musiałyby wyglądać tak samo. Ja tylko właściwie w jednej sprawie. "Czarodzicielstwo" jest fajne, ale nie z tych najfajniejszych. I pewnie nic bym nie miał do napisania, gdyby nie jeden epizod, ktory mnie wprawił w długotrwałą głupawkę i trwa ona już drugi dzień. Noż, kurczę, podpieprzyć trzy konie jeźdźcom Apokalipsy... jeden jeździec i trzech pieszych... No ja nie mogę... :D Czytać Pratchetta, świat od tego pięknieje. 

Nowy Hłasko czy Głowacki?

[Piotr Czerwiński, Pokalanie]

7 września 2005, BiblioNetka

W moich podróżach tropami Smęt... znaczy, młodej polskiej prozy, natrafiłem, zupełnie przypadkiem, na Piotra Czerwińskiego. Rzucił mi się w oczy na półce, bo został, obok Głowackiego "Z głowy" i "Uchodźców" Grynberga, wydany w serii Świata Książki "Nowa polska proza". Okładkę miał podobną, mówiąc językiem zrozumiałym. Kupiłem więc - i nie wiem do końca, czy nie żałuję. Nie, raczej nie...

Piotr Czerwiński życiorys zawodowo-artystyczny ma dość krótki. Dziennikarz i publicysta, absolwent dziennikarstwa UW, wieloletni reporter „Expressu Wieczornego”, po jego zamknięciu pracował dla pism kolorowych. Mieszka w Warszawie. "Pokalanie" to jego debiut książkowy.

Porównanie "Pokalania" do dzieł Masłowskiej i Dzido nasuwa się w trakcie lektury samo, mimo że Czerwiński jest od obu wymienionych autorek sporo starszy (rocznik '72). Dzieje się to za przyczyną pewnej maniery językowej, o czym później, ale także atmosfery, jaką autor tworzy dla swego otoczenia. Tą wspólną cechą "atmosferyczną" jest ogólna konstatacja, że świat jest urządzony do d... - co prawdą uniwersalną nie jest, ale stwierdzić to można dopiero, jak się przeżyje trochę więcej lat niż wyżej wymienieni pisarze.

Powieść Czerwińskiego jest o mękach i rozterkach faceta, któremu właśnie mija młodość, a z nią stare uczucia, stare przyjaźnie, gdy robi się pierwsze w życiu prawdziwe rachunki sumienia i wychodzi z nich, że jak na trzydzieści przeżytych lat osiągnęło się zaskakująco mało. W notce na okładce można przeczytać, że to nowy Hłasko. Pomijając sens takich porównań, moim zdaniem krzywdzących dla porównywanego (bo co to znaczy? A czemu nie odwrotnie? Może Hłasko to stary Czerwiński? A może to po prostu dwaj oddzielni pisarze, każdy ze swoim nazwiskiem?), pisarstwo Czerwińskiego wiele z Hłaski nie ma. Jeśli już wieszczyć pisarzowi jakąś ścieżkę przyszłości, to może raczej bliżej mu do tytułu następcy Pilcha lub Głowackiego właśnie? Pióro ma lekkie i grepsy mu łatwo spod niego wychodzą. Mimo depresyjnego nastawienia autora jest tam niemało momentów, gdy śmiałem się szczerze - albo z opisu sytuacji, albo z udanych bon motów. To bardzo duży atut tej książki, obok sporych fragmentów napisanych pięknie i równie sporych wtórnych i irytujących. Bo "Pokalanie" jest bardzo nierówne. Widać wyraźnie, że autor miał w trakcie pisania lepsze i gorsze dni, że raz go pióro niesie, a innym razem to on je taszczy z wysiłkiem, byle przebrnąć przez niewychodzący akapit.

Do minusów zaliczyłbym także jakąś taką manię prześladującą młodych pisarzy, która w jednostkowych przypadkach może uchodzić za oryginalny sposób przekazu, ale powtarzana przez wszystkich irytuje i śmieszy. Bo trendy jest, okazuje się, pisać angielskie wtręty w sposób ostentacyjnie fonetyczny (ajm wery gud rewiwer, ju noł? - to moje, a co!). Gdy pisała tak Masłowska, specjalnie mnie nie raziło. U Dzido uznałem, że to lekka przesada. Gdy czytam takie coś u Czerwińskiego - wkurza mnie i obniża ocenę o co najmniej jeden.

Ale ogólny bilans tej książki uważam za dodatni. Jest Czerwiński spośród wymienionej tu trójki młodych pisarzy autorem najdojrzalszym, najlepszym warsztatowo. Może dlatego, że starszy? A może dziennikarski staż odgrywa swoją rolę? W każdym razie przeczytać warto - czasem się człowiek pośmieje, a czasem pomartwi razem z autorem nad jego drogą pod górkę. W dodatku kończy się to dobrze, co nie jest dziś bez znaczenia.

do góry

Powrót do strony głównej



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.