Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2004, część II

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Janusz Głowacki, "Z głowy", 26.10.2004
  • Wojciech Kuczok, "Gnój", 2.11.2004
  • Andrzej Warchał, "Teksty z Piwnicy pod Baranami oraz inne", 2.11.2004
  • Terry Pratchett, "Wiedźmikołaj", 7.11.2004
  • Nick Leeson, "Łajdak na giełdzie", 14.11.2004
  • Jerzy Pilch, "Narty Ojca Świętego", 16.11.2004
  • Stephen King, "Serca Atlantydów", 16.12.2004

Zakochałem się...

[Janusz Głowacki, Z głowy]


26 października 2004, BiblioNetka

"Oczywiście jestem przekonany, że kiedy Steven Spielberg szczęśliwy z lawiny Oscarów powiedział, że żałuje tylko jednego: że "Listy Schindlera" nie mogło obejrzeć sześć milionów Żydów, którzy zginęli w czasie holokaustu, nie miał na myśli - jak ktoś złośliwie sugerował - tylko ewentualnych dodatkowych zysków z biletów."

No i jak nie kochać kogoś, kto ma do autorytetów i ich piedestałów taki stosunek? Bo ja się, proszę koleżeństwa, platonicznie zakochałem. Jest to niemalże miłość "od pierwszego czytania", bo, wstyd przyznać, Głowacki-literat był mi dotąd prawie nie znany. Owszem, to i owo się słyszało, że sukces, że Ameryka, jakieś drobiazgi z "Kultury" się czytało, scenariusze, sztuki - te chyba były mi najbardziej znane - no bo "Rejs" chyba każdy widział, a i "Antygonę w Nowym Jorku" wypadało zaliczyć, ale z prozy nic...

O książce "Z głowy" pierwszy raz usłyszałem w radio, gdzie Krzysztof Materna robił z Głowackim wywiad i bardzo plastycznie opowiadał, jak to ledwie zaczął czytać, a już książkę zgubił i nie może odżałować, bo go strasznie wciągnęła. To wciągnięcie Materny jakoś mi zapadło w pamięć, bo gdy w supermarkecie między zakupem serka i puszkowanego groszku natknąłem się na ładnie wydaną (twarda oprawa) książkę z luzakiem w białym garniturze na tle graffiti z napisem "Death to Yuppie Scum" na okładce, to mi to samo wskoczyło do koszyka.

A potem... Dwie zarwane noce i poranna złość, że trzeba odłożyć, bo praca czeka... Ale było warto. Takiej uczty nie zakosztowałem od dawna.

Dwa słowa o autorze, choć pewnie nie trzeba, bo każdy to wie. Janusz Głowacki urodził się w 1938 roku. Według notki od wydawcy: prozaik, dramaturg, scenarzysta. Debiutował zbiorem opowiadań "Wirówka nonsensu". A potem były jeszcze: "Nowy taniec la-ba-da", "My sweet Raskolnikow", "Moc truchleje" i "Ostatni cieć". Do czasu wyjazdu z Polski najbardziej znany ze scenariuszy filmowych ("Polowanie na muchy", "Trzeba zabić tę miłość", "Rejs") Długi czas pisał felietony i recenzje do warszawskiej "Kultury". Rozkwitł na dobre po wyjeździe do USA, gdzie ujawnił się jego talent dramaturgiczny. Zaczęło się od "Kopciucha", a potem jeszcze "Antygona w Nowym Jorku", "Polowanie na karaluchy", "Czwarta siostra". Obsypano go nagrodami, wykładał literaturę na uniwersytetach... A potem to wszystko złośliwie opisał.

Bo "Z głowy" to spowiedź autora z jego lat minionych. Z czasu emigracji: tej głodnej i tej w aureoli sławy; z czasu przed i czasu po. Nie, nie spowiedź, raczej pogwarka przy wódce. Niesamowicie lekka i potoczysta, trochę chaotyczna, jak każda opowieść przy kielichu, przy tym z ładunkiem znakomitego humoru sytuacyjnego w opisach tym zabawniejszych, że prawdziwych. Głowacki to mistrz w wyławianiu groteski ze zdarzeń na pozór zwyczajnych, gdzie ktoś inny humoru by nie dostrzegł. I ten dystans... Do siebie i do innych. To spojrzenie zezem, które powoduje, że po obśmianiu samego siebie można bez skrupułów obśmiać Najwyższe Autorytety. Głowacki bez żenady stawia obok siebie VIP-owską elitę oraz emerytowane dziwki zgromadzone na "spotkaniu po latach". Bo z jednymi i drugimi jest zaprzyjaźniony, bo jedni i drudzy go lubią, a dziwki nawet bardziej... Z tej ironii wyłania się bardzo prawdziwy obraz świata: i tego na górze, i tego na samym dnie. Tym wyrazistszego, że Głowacki umie nagle złamać nastrój szyderstwa i śmichów-chichów, by na ułamek sekundy złapać czytelnika za gardło przejmującą migawką z ludzkiego losu...

Na tytuł jeszcze chciałbym zwrócić uwagę. Ja go odczytuję na trzy sposoby, z których każdy mi do tekstu pasuje. Bo widać wyraźnie, że autor książkę napisał "z głowy", bez przygotowania, pozwalając słowom wylewać się wprost z pamięci na papier, a jednocześnie jest to zapis "z Głowy" (taką autor nosi ksywę wśród przyjaciół), bo sporo własnych bebechów w sarkastycznym sosie "Głowa" nam tu podrzuca. I wreszcie - też to widzę - napisał Głowacki coś, co nosił w sobie długo, i ma to wreszcie "z głowy"...

270 stron połkniętych w ekspresowym tempie, a chce się jeszcze... I szkoda, że to nie jest fikcja i że przez to na drugi tom trudno liczyć. Bo samo życie nie daje gwarancji, ze tak barwnie będzie się toczyć dalej. Chociaż "Głowa" pokazał, że nawet z piasku bicz potrafi ukręcić, to może, może...

Każdemu, kto potrzebuje doładowania akumulatorów pozytywną energią, zalecam: czytać Głowackiego. Za każdą cenę.

do góry

Mało...

[Wojciech Kuczok, Gnój]

 2 listopada 2004, BiblioNetka

Nie podobało mi się. Powiem to od razu, żeby mieć już z głowy. Dla sprawiedliwości: przestało mi się podobać gdzieś tak po przeczytaniu dwóch trzecich z 212 mocno naciąganych stron. To naciąganie objętości to mój pierwszy zarzut, najbardziej błahy, ale widoczny już w momencie wzięcia książki do ręki. Wydana brzydko, na lichym papierze, widać oszczędności na kosztach. I do tego zrobienie objętości na siłę: na stronę "Gnoja" ("Gnoju"?) wchodzi ok. 1270 znaków, co w przeliczeniu daje ok. 150 stron znormalizowanych. Ale z tym mniejsza; w końcu nie objętość tworzy dzieło, ani szata graficzna. Ta szata zresztą pasuje: do nastroju książki, do tematyki, do bohaterów... Tyle że tego nie wystarcza nawet na te 150 znormalizowanych stron.

Zaczyna się pięknie, o ile pięknem można nazwać brzydkie, brudne i wredne środowisko. I dotyczy to w tym samym stopniu regionu, miasta, ulicy, domu, rodziny, bohatera, ich przeszłości, teraźniejszości i przyszłości... To pokrzywione środowisko jest tu w tym samym stopniu głównym bohaterem, co ów mały, zgnojony, stłamszony synek, na którym swoje kompleksy rozładowuje ojciec, sąsiedzi, koledzy, Śląsk cały chyba, a może i życie? Taki śląski, zastępczy chłopiec do bicia... I jest dobrze, psychoanaliza się rozkręca, ale już czasem trochę drepce w miejscu, gdy rozwleka się i pastwi nad jakimś detalem, mamląc go na różne sposoby, aż człowiek ma ochotę zastosować metodę czytania "Nad Niemnem", znaną z czasów szkoły: "opisy opuszczamy"... Tylko co tu opuszczać, jeśli tego tekstu, nawet wywleczonego do granic wytrzymałości czytelniczej, jest tyle, co kot napłakał?

Wojciech Kuczok za "Gnój" ("Gnoja"?) otrzymał w roku 2004 nagrodę Nike. To jego jak dotąd największy sukces, mimo że debiutantem nie jest. Ten urodzony w 1972 roku pisarz i krytyk filmowy opublikował wcześniej dwa zbiory opowiadań: "Opowieści słychane" (1999) i "Szkieleciarki" (2002). Ponadto ujawnił się również w tomiku wierszy "Opowieści samowite" (1996). Powieść "Gnój" (2003) została wcześniej uznana za książkę wiosny 2003 Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych i nagrodzona Paszportem "Polityki" za rok 2003. Na jej podstawie Wojciech Kuczok napisał scenariusz filmu "Pręgi", którym śląska reżyserka Magdalena Piekorz w wielkim stylu wcisnęła się do filmowej elity.

Ta mnogość wyrazów uznania, jakie posypały się na "Gnój", trochę mnie niepokoi, bo za odmieńca estetycznego dotąd się nie uważałem. W części powieści, która mi się podobała, odnajduję sporo takich perełek pisarskich, za które Kuczokowi tę nagrodę Nike sam bym wręczył. Tu widać talent i duże możliwości. Tym razem nie wystarczyło ich jednak na całą książkę, a zwłaszcza zabrakło ich na zakończenie. Ten koniec jest bowiem jakby z innej bajki, jakiś sztuczny, jakiś dopisany. I w ogóle nie ma już tych perełek, które mi wynagradzały niedostatki w pierwszej, tej lepszej, części powieści.

No zwyczajnie: nie podobało mi się.

do góry

Tylko Skrzyneckiego żal


[Andrzej Warchał, Teksty z Piwnicy pod Baranami oraz inne]


2 listopada 2004, BiblioNetka

Jakiś czas temu wybrałem się do Krakowa. Naszło mnie, żeby powspominać dawne czasy, a to w moim przypadku najlepiej wychodzi w Piwnicy pod Baranami, zwłaszcza podczas piwnicznego spektaklu. No i byłem. Spektakl, jak spektakl, niby fajny, lecz już nie to samo, ale po tym ambiwalentnym przeżyciu miało miejsce wydarzenie stricte literackie. Otóż przy wejściu stał stolik, a na nim rozmaite dzieła piwnicznych artystów: płyty, książki, coś tam jeszcze... Ludzie brali głównie płyty. A mnie zaczepił jakiś lekko znietrzeźwiały, brodaty osobnik, w półmroku zdawało się nawet, że z lekka nieświeży, i ochrypłym sznapsbarytonem zaproponował: - Weź pan tę książkę. Jakaś taka nuta rezygnacji była w jego głosie, że ulitowałem się do tego stopnia, iż zapłaciłem dwie dychy, chociaż ręka mi zadrżała, bo tyle za 90 stron razem z tytułami wydawało mi się trochę drogo. Po czym zostałem powalony absurdalnym ciągiem dalszym, który brzmiał: - Chce pan autograf? No, chcę, jak szaleć to szaleć, w surrealistycznej atmosferze piwnicznego przedsionka nawet autograf jakiegoś podejrzanego typa przy barze ma swoją specyficzną wartość. Wróciłem ze zdobyczą do stolika, nawet jej nie obejrzawszy, bo i warunków na to specjalnie nie było, po czym upojny wieczór "uległ dalszej kontynuacji", jak mawia mój elokwentny inaczej przyjaciel.

Następnego dnia rano (termin mocno umowny) obejrzałem moją piwniczną zdobycz. Na tylnej stronie okładki była notka o autorze i zdjęcie. Widniał na nim - trochę schludniejszy, a na pewno trzeźwiejszy - mój wczorajszy interlokutor. Może Go zresztą krzywdzę, może tylko takie sprawiał wrażenie w zadymionych ciemnościach? W każdym razie rzuciłem się natychmiast na początek książki i proszę, stoi jak byk: "Panu Wojciechowi oddany autor, Andrzej Warchał, Kraków 27.05.2004". No i w ten sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem białego kruka, którego, jak się zdaje, niełatwo kupić gdziekolwiek poza Piwnicą, w dodatku z autografem autora.

Przechodząc do meritum: jak wspomniałem, spektakl artystów Piwnicy, zwłaszcza tych stanowiących już dobro kultury narodowej, wzbudził we mnie uczucia mieszane. A prawdziwą Piwnicę znalazłem w tej książce. I to Piwnicę, której już nie ma i być nie może, bo czasy, gdy miała sens, dawno minęły. To są głównie felietony satyryczne, monologi i scenki z lat 1965-90. Czytając, widzi się je na scenie i słyszy specyficzny piwniczny timbre, przerywany dzikimi śmiechami widowni i dzwonkiem Skrzyneckiego. Ale do tego, żeby je w pełni odczytać i przeżyć, trzeba mieć za sobą bagaż tamtego okresu. Trzeba wiedzieć, dlaczego mówiło się: "bracia z Południa", a wszyscy odczytywali to: "Ruscy ze Wschodu" i nikt się nie pomylił, z wyjątkiem cenzora. Choć niektóre grepsy mogą rozśmieszyć i dzisiejszego czytelnika, czasem z zaskakująco innego powodu, niż zamierzył to autor. Jak na przykład fakt znalezienia w zupie regeneracyjnej 10 zł zamiast wkładki mięsnej, wraz z obietnicą, że jak będziemy pracować wydajniej, to z czasem może się tam znaleźć i stówa ("Wkładka", 1975 r.). Prawda, młode wilki, że może to śmieszyć? Wtedy powód do zarykiwania się był jednak biegunowo odmienny.

Były to w swoim okresie teksty aktualne, komentujące i po piwnicznemu wykpiwające real-socjalistyczną rzeczywistość. Dziś, po próbie czasu, wyłazi z nich upiór. Nie, no nie jest tak źle, kawałki są do śmiechu, ubaw jest po pachy i nostalgia taka przyjemna. Ten upiór, to moje wspomnienia, które same z siebie nie są takie okropne, ba, bywają nawet sentymentalne i urocze. I człowiek nawet się oburza, gdy się tę minioną, zdechłą komunę wyszydza. Dopóki ktoś, jak Warchał, nie zbierze tego do kupy i nie walnie jak obuchem w durny łeb. Po czym powie z lekka zachrypłym sznapsbarytonem: tego byś, baranie, chciał?

Polecam, zwłaszcza tym, którzy podobnie do mnie pamiętają czasy, gdy teksty te były świeżutkie jak sławetne bułeczki, już nie pomnę, czyjego autorstwa.

do góry

[Terry Pratchett, Wiedźmikołaj]

7 listopada 2004, pl.rec.ksiazki

 

 Likwidacja Wiedźmikołaja jako metoda przywrócenia harmonii
Wszechświata, którą zakłóca życie... To brzmi jak tytuł pracy
magisterskiej w Gildii Skrytobójców. Ale jak tego dokonać, gdy nagle
Wiedźmikołaj zaczyna przemawiać GŁOSEM?

Namotał mistrz Pratchett tym razem, że hej. Może nawet za bardzo i
niektóre wątki wymknęły mu się z rąk. Ale jest to stary, dobry
Pratchett, a raczej nowy dobry Pratchett, bo jak już zauważyłem
wcześniej przy okazji "Na glinianych nogach", Pratchett trochę zmienia
styl, czy może swoje nastawienie do kolejnych części cyklu "Świat
Dysku". Poważnieje i filozoficzny się robi bardziej, a ta jego filozofia
coraz bardziej się komplikuje. Ale mi to nie przeszkadza, bo to, co
pisze jest niegłupie i chociaż nie zawsze takie całkiem odkrywcze, to
poprzez sposób ukazania - w stylu komedii blisko spokrewnionej z Monty
Pythonem - zupełnie świeżo brzmiące. Podoba mi się ten nowy Pratchett i
śmieszy, choć to już inny śmiech niż w pierwszych częściach cyklu.
Czekam na następne.

HO. HO. HO.

do góry

Zagraj, a zrozumiesz

  [Nick Leeson, Łajdak na giełdzie]


 

14 listopada 2004, BiblioNetka


Z noty wydawcy: "W czwartek, 23 lutego 1995, z singapurskiej placówki banku Barings - najbardziej szacownej instytucji finansowej Wielkiej Brytanii - wyszedł młody makler Nicholas Leeson. Nie pojawił się więcej w pracy. Dopiero dwa dni później jego szefowie odkryli, że na jednym z kont Baring Securities znajdują się dziesiątki kontraktów futures (...) Nikt o nich nie wiedział. Nikt nie wiedział, że Barings posiada portfel kontraktów i opcji oznaczających dlań stratę setek milionów funtów. Skutek mógł być tylko jeden - bankructwo."

Czytałem tę książkę jakiś czas temu, w szczególnym dla mnie okresie życia: właśnie wycofałem z giełdy ocalale resztki kapitału i liżąc rany sumowałem straty. A w Anglii upadał Barings. Obserwując krach giganta i mój własny rozpocząłem niezwykłe - bo prawdziwe i aktualne - studium zarozumialstwa, pychy i przekonania o własnej nieomylności, o jakie tak łatwo, gdy się jest młodym, błyskotliwym i zdolnym drapieżcą giełdowym. I także studium - równie boleśnie prawdziwe - skostnienia, zastygnięcia, zaskorupienia w sformalizowanych procedurach szacownej insytucji finansowej, gdzie, jak zwykle, okazało się, że najsłabszym jej punktem byli zadufani w sobie yuppies.

"Łajdak na giełdzie" to bardzo pouczająca lektura. Pouczająca dla każdego, nie tylko dla znawców przedmiotu. Nick Leeson przedstawia w niej bowiem swój prawdziwy, bez zakłamania i bez próby usprawiedliwiania, obraz zwycięzcy w wyścigu szczurów, któremu nagle meta z tłustą nagrodą przemienia się w śmiertelną pułapkę. To prawdziwy obraz człowieka w pułapce bez wyjścia, który wbrew krzyczącym faktom próbuje łudzić się, że wyjście musi być, a potem ucieka na oślep, przed siebie, usiłując wbrew wszystkiemu zapomnieć o trzęsieniu ziemi, którego był sprawcą, wzorem dziecka zamiatającego pod dywan resztki rozbitego wazonu... Taki wpływ na psychikę uczestników ma właśnie giełda: każdy jest skażony, zwycięzca i przegrany. Każdy nosi w sobie zalążek złudzenia, że zawsze można się odegrać, że karta musi się odwrócić. Że raz na wozie itd. I tak brnie sie w porażkę, która nieuchronnie zmienia się w klęskę, w katastrofę. I największą sztuką staje się umiejętność powiedzienia sobie "dość" w odpowiednim momencie, a im kto większe miał w tej grze sukcesy, tym mu trudniej...

Ta historia kończy się źle, także już w czasie następującym po opisanych zdarzeniach. Nick Leeson trafił na kilka lat do azjatyckiego więzienia. Wyszedł stamtąd z rakiem żołądka i chyba już nie żyje. Barings zniknął z rynku, wykupiony za grosze przez grupę bankową ING. Najlepiej wyszedłem na tym ja. Poobijany wyleczyłem się z giełdy na długo. Trochę w tym zasługi Nicka Leesona, a trochę tego, ze mam jeden potężny atut: ja już dawno nie jestem yuppie!

Polecam wszystkim, a już szczególnie nowemu narybkowi inwestorów, jacy nieuchronnie pojawią się pełni entuzjazmu na giełdzie, na fali nadspodziewanie wysokich dochodów z prywatyzacji PKO BP. Niech Nick Leeson będzie dla was symbolem memento. I pamiętajcie, że starzy gieldowi wyjadacze mówią na Was: świeże mięsko.

do góry

Może raczej w teatrze?

[Jerzy Pilch, Narty Ojca Świętego]

16 listopada 2004, BiblioNetka

"Narty Ojca Świętego" to sztuka teatralna, taka groteska-jednoaktówka, a może pastisz jednoaktówki? W każdym razie da się wystawić na scenie, co już zresztą uczyniono i ludziska ponoć walą drzwiami i oknami, a bilety wyprzedane na dwa miesiące naprzód. Mimo potraktowania na serio formy tego dzieła, mimo ogłoszenia go debiutem scenicznym autora, ja czytając miałem wrażenie, że Pilch się zgrywa, że to pisanie w formie scenariusza teatralnego to jego kolejny wic, kpina z cmokających z podziwu krytyków.

Jerzy Pilch, urodzony wiślak (1952 r.), góral z żywiecczyzny, prozaik, publicysta, luter-heretyk, laureat Nike, mistrz lekkiego pióra, człowiek trunkowy, enfant terrible polskiej literatury. Autor niezliczonych felietonów, a ponadto m.in. "Spisu cudzołożnic" (1993), "Rozpaczy z powodu utraty furmanki" (1994), "Innych rozkoszy" (1995), "Bezpowrotnie utraconej leworęczności" (1998), "Pod Mocnym Aniołem" (2000) i wreszcie "Miasta utrapienia" (2004). To ostatnie dzieło podkreślam nie bez powodu, ponieważ "Narty..." wywodzą się wprost z niego.

Rzecz jest bowiem kontynuacją jednego z bocznych wątków "Miasta utrapienia", mianowicie wątku o możliwym przyjeździe papieża do Granatowych Gór, miejsca, gdzie Ojciec Święty jeździł w młodości na nartach. W tych ramach kreśli Pilch kilka scenek, pokazuje kilka postaci, parę razy pozwala się uśmiechnąć, nawet szczerze. Niestety, nic więcej nie mogę zdradzić, bo książeczka jest tak cienka, że każdy bardziej szczegółowo opisany przykład byłby ujawnieniem znacznej części fabuły. Nie ma jej niestety za dużo. Ładnie za to Pilch kilkoma kreskami naszkicował postacie. Podobała mi się zwłaszcza... nie, no nie powiem, bo znów zdradziłbym sens połowy książki. Taka to cienizna, chociaż na oko nie wygląda, bowiem składana jest wg nowej mody, która prekursorów ma, jak się zdaje, w - nomen omen - masarnictwie, gdzie z 1 kg surowego mięsa robi się ostatnio zgodnie z normą 1,20 kg wędzonej szynki.

Czyta się "Narty...", jak zwykle u Pilcha, wartko, gładko i szybko. Zabawny prowincjonalizm tej książeczki wygląda autentycznie, sceny, mimo ze krótkie i w niewielkiej ilości, są spójne i celne. A jednak...

Mimo niewątpliwych zalet omawianej pozycji, znowu mnie Pilch na kolana nie rzucił. Jak to jest, że pisarz, który generalnie mi się podoba, którego felietony lubię, którego pojedynczo rozpatrywane elementy powieści cieszą mnie i śmieszą, czytany w całości, w zamkniętej formie książki, jakiś wydaje mi się w ostatecznym rozrachunku nijaki? Mam nawet takie wrażenie, że on mnie olewa. Nie wiem, nie wiem... Do psychoanalityka iść, czy do teatru? Bo może tam...?

do góry

Spowiedź z życia autora thrillerów

[Stephen King, Serca Atlantydów]


16 grudnia 2004, BiblioNetka

Przyznam, że nieufnie podchodziłem do tej książki. Nie przepadam za opowiadaniami, zwłaszcza w wykonaniu mistrzów dłuższej formy - mam często wrażenie, że publikując formy krótsze odcinają kupony od uzyskanej innym sposobem sławy. Na szczęście okazało się, że King poszedł inną drogą: z dwóch osobnych opowiadań zrobił jedną spójną całość, dopisując trzy łączące je rozdziały. Zabieg genialny, bo wszystkie części zachowały samodzielność, równocześnie w całości tworząc jednorodną powieść. Tym łącznikiem stały się postacie - drugoplanowe w jednej części, awansujące do głównych ról w następnych.

Co mnie najbardziej zaskoczyło - jest to książka w zasadzie obyczajowa. King sprawy fantastyczno-thrillerowe załatwia w pierwszej części, potem tylko przemykają gdzieś w bardzo dalekim tle i mogłyby zostać niezauważone, gdyby nie umieszczony w dziwnym miejscu klasyczny finał rodem z sf. King zafundował go już w połowie książki, na zakończenie pierwszego rozdziało-opowiadania, i tylko dlatego czytelnik ma w pamięci, że elementów tego gatunku należy w tej książce poszukiwać.

Potem "Serca Atlantydów" stają się rozliczeniem Kinga z własną przeszłością, z historią swojego pokolenia. Od czasów szkolnych, przez studia i wojnę w Wietnamie, po zagubienie kombatanckiego pokolenia. Rzadko czytam amerykańskie rachunki sumienia z tamtych czasów, nie przemawiają do mnie, są obce. Kingowi udało się przeskoczyć poziom mojej nieufności i dystansu. Powiem prosto: to piękna książka, piękne rozliczenie z samym sobą, w słowach i uczuciach na tyle uniwersalne, że mógłbym się z tym utożsamić, biorąc w nawias rzeczywistość, na której tle King tę spowiedź uskutecznia.

Nie dziwi mnie też, że młodym czytelnikom "Serca Atlantydów" specjalnie się nie podobają. Myślę, że do tej książki trzeba mieć już swoje lata i trochę za sobą. Ona powinna przemówić raczej do pokolenia "statecznych mężczyzn na kierowniczych stanowiskach". Bo każdy taki facet, gdyby umiał pisać tak pięknie jak King, mógłby uczynić równie pasjonującą spowiedź. Ale nie umie, dlatego zadowolić się musi tym, że ktoś to za niego uczyni.

do góry

Powrót do strony głównej




R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.