Piszę, bo lubię

Recenzje z roku 2004, część I

Spis treści:

Powrót do strony głównej

  • Jerzy Pilch, "Miasto utrapienia", 8.02.2004
  • Eliot Pattison, "Mantra czaszki", 22.02.2004
  • Philip K. Dick, "Zapłata", 7.06.2004
  • Terry Pratchett, "Na glinianych nogach", 19.07.2004
  • Gao Xingjian, "Góra duszy", 26.08.2004
  •  Henry N. Beard, Douglas C. Kenney, "Nuda Pierścieni", 10.09.2004
  • Andrzej Sapkowski, "Boży bojownicy", 18.10.2004

[Jerzy Pilch, Miasto utrapienia]

8 lutego 2004, pl.rec.ksiazki

Przeczytałem, jeśli ktoś chętny, mogę pożyczać. Zrobię to tym chętniej, że chciałbym jak najszybciej skonfrontować własne obserwacje z czyimś obiektywnym pojrzeniem. Właśnie - obserwacje... Nie przeżycia.

'Pilch w najlepszej formie', 'finezyjny język', ' celne obserwacje' - takie komplementy przewijały się w różnych mutacjach we wszystkich recenzjach, które czytałem. Dopiero teraz, po przeczytaniu, uświadomiłem sobie, że chyba nikt nie napisał: 'fascynująca powieść', 'porywająca historia'. I zrozumiałem, dlaczego.

Ta powieść jest jak rzeka w Starych Juchach. Kto był, ten wie: szeroka, urokliwa, klarowna i... do kolan. Od mniej więcej połowy tekstu męczyłem się z uporczywym pytaniem: ile takich tekstów już w życiu przeczytałem? Powieści opartych na schemacie: miałka fabułka jako pretekst do psychospołecznej analizy rozmaitych ludzkich portretów, wspomnień poszufladkowanej młodości (własnej, cudzej lub wyimaginowanej) z zarysem mocnego pnia genealogicznego - popękanego, pokiereszowanego, ale jako ten dąb Bartek niezłomnego. To było fajne, to było świeże - gdy czytałem po raz pierwszy, drugi, trzeci... Pilch się w tę ilość nie łapie.

Dużo za to jest tego, co w Pilchu cenię najbardziej: pięknego, giętkiego języka, felietonowych wolt i zabawnych, błyskotliwych puent. Odrzuciwszy treść, której nie ma, czasami ma się wrażenie, że czyta się jeden, ciągle ten sam giga-esej, mega-felieton, którego Pilch - mistrz gawędziarstwa - nie zamierza wcale kończyć, tylko ciągnie przez wszystkie swoje felietony i książki. Zgrabnie i celnie, i prawdziwie,
ale - z ręką na sercu - głębi w tym tyle co w tej rzece w Starych Juchach, gdzie w młodości raki ręką się łowiło.

Podsumowując: przeczytać warto, niektórzy zapewne (co młodsi) dowiedzą się paru ciekawych rzeczy o życiu i o sobie. Ale tym, którzy, jak ja, trochę już przeczytali, a i przeżyli niejedno, nie ma Pilch za wiele do powiedzenia, może tylko co nieco im przypomni.

do góry 

[Eliot Pattison, Mantra czaszki]

22 lutego 2004, pl.rec.ksiazki

Kto wie, czym jest Tybet? Jasne, każdy słyszał o Dalaj Lamie, uciskanych mnichach i narodzie ostro wziętym za twarz przez Chińczyków. Ale to nie jest prawdziwy Tybet. Prawdziwy Tybet to mistyczna kraina zatrzymana w epoce azjatyckego średniowiecza. Kraina, gdzie prozaiczna, brutalna i nędzna codzienność miesza się z nierzeczywistym światem duchowości, w którym na co dzień obcuje się z bóstwami i nawet ich czasem jarmarczna kiczowatość nie razi, bo jest autentyczna.


"Mantra Czaszki" to opowieść jakby z innego świata. Aż nie chce się wierzyć, że taki świat istnieje naprawdę. Że można żyć jakby na granicy pomiedzy realem a innym wymiarem i swobodnie poruszać się w każdym z tych planów. I to wszystko tonie w hard-socjalistycznym materializmie, w świecie planów 5-letnich, teorii walki klas i myśli Mao. Kto pamięta czasy Gierka, Jaruzelskiego, a może i Gomułki czy Bieruta, ten niech je pomnoży przez 5, dorzuci garść konfucjańskiej filozofii i dokładnie
wymiesza. Otrzyma koktajl, którego smak trochę coś nam - tym starszym -
przypomina.

 
Ja po tej książce uświadomiłem sobie, że ten nieprawdopodobnie liczny i skutecznie wyprany mentalnie chiński żywioł jest praktycznie bez szans w stosunku do ubogich i zgniecionych, tak nielicznych w chińskim morzu Tybetańczyków. To trochę przypomina próby wymieszania kropli oliwy ze szklanką wody - se ne da, choćby nie wiadomo jak długo kręcić łyżką. Sensacyjno-fantastyczna fabuła była dla mnie w "Mantrze Czaszki" tylko pretekstem do spojrzenia na ten dziwny i nieznany świat. Ale fabuła fajnie napisana i wciągająca - thriller w wydaniu tybetańsko-chińskim,
do tego dużo autentycznego tła, czasem trudnego do zaakceptowania nawet dla kogoś, kto - jak ja - socjalizm pamięta.


Ocen nie stawiam, ale przeczytać warto. Pozycja właściwie dla każdego. Nawet jeśli znajdzie się jakiś znudzony, to zalecam przemóc się i dociągnąć do końca, choćby po to, żeby widząc w telewizji uśmiechniętego mnicha w żółto-czerwonej sukience mieć świadomość, skąd on tak naprawdę przychodzi.

(Eliot Pattison, Mantra Czaszki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002)

do góry 

 

[Philip K. Dick, Zapłata]

7 czerwca 2004, pl.rec.ksiazki

Mordowałem się z tą książką jak rzadko, prawie dwa miesiące. Przeczytałem od dechy do dechy i teraz mogę autorytatywnie stwierdzić: nie było warto. Ja wiem, że Dick jest nierówny, że ma wzloty i upadki, ale żeby zmontować książkę złożoną z samych upadków - to jest sztuka. Ta książka to w zamyśle skrót literackiego rozwoju Dicka. Dwanaście opowiadań, pisanych w latach 1953 - 1974. Tytułowa 'Zapłata' była nawet sfilmowana. I chyba ją nawet widziałem - całkiem niezły film. A opowiadanie - żenada. I dalej tak samo. No kupy się to pisanie nie trzyma! Taki poziom pisarstwa,
uzupełniony żenującymi wpadkami fabularnymi, w tym walącymi po oczach niekonsekwencjami, można usprawiedliwić tylko tym, że były to pierwsze 'dzieła' Mistrza, zaś czasy były dla fantastyki mało wymagające. Wczesne lata pięćdziesiąte łykały wszystko, co kto w tej branży napisał.

To by było usprawiedliwienie, gdyby z upływem czasu Mistrz dojrzewał i opowiadania były coraz lepsze. No, trochę tak jest, ale niestety tylko trochę. Poziom opowiadań nie rośnie satysfakcjonująco proporcjonalnie do upływu czasu. Dalej są one chałowate, tylko może troszkę sprawniej napisane. Ale to nie mój Dick, jakiego znam z 'Ubika', 'Człowieka z Wysokiego Zamku' czy 'Raportu mniejszości'. Pod koniec miałem co prawda małą nadzieję, że się rozkręcił i przynajmniej zostawi po sobie jakieś przyjemne wspomnienie. Taką nadzieję dawało opowiadanie 'Małe co nieco
dla nas, temponautów' z roku 1974. Już w nim więcej było tego dobrego Dicka, zakręconego i z podtekstami. Ale niestety, niestety... Ostatni tekst sprowadził mnie na ziemię. Kończące książkę opowiadanie 'Przedludzie' (1974) to tylko naiwna agitka antyaborcyjna, w prymitywny sposób prezentująca proste, schematyczne zdanie pisarza na ten nieprosty temat. Co za dziwny człowiek...

(Philip K. Dick 'Zapłata', Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004 r.)

do góry


[Terry Pratchett, Na glinianych nogach]

19 lipca 2004, BiblioNetka

Zacznę od historyjki. Splot różnych wydarzeń, o których tu nie warto pisać, sprawił, że stałem się szczęśliwym posiadaczem egzemplarza tej książki opatrzonego autografem autora. Wystanym w kolejce i przywiezionym w prezencie. Byłem tym posiadaczem przez 20 minut. Nawet nie zdążyłem otworzyć okładki i zobaczyć, co i jak Mistrz mi napisał. W ferworze pakowania przed wyjazdem na weekend książka została wrzucona do torby. I to był ostatni raz, kiedy ją widziałem, Wysoki Sądzie... Diabeł ogonem nakrył, krasnoludki pod...ły - nie wiadomo. Książkę musiałem sobie odkupić i teraz każdemu opowiadam, jak to Pratchett mi się podpisał, ale tego autografu, qrna, nie mam i nawet nie wiem, jak wygląda...

A teraz już o powieści. Można rzec: typowy Pratchett. Sprawnie napisany, wciągający, n-ty z kolei moralitet o nas wszystkich, ubrany w błazeńską czapeczkę, z przymrużeniem oka. Ciekawy głos w dyskusji o świadomości maszyn. Może trochę bardziej kryminał niż fantastyczna groteska. W każdym razie ja zarechotałem tylko dwa razy, uśmiechnąłem się ze trzy. Trochę Chandlera (Vimes), trochę Chmielewskiej. Raczej bym ją włożył pomiędzy te bardziej udane części cyklu. Ale obserwując kolejne wychodzące u nas tomy mam wrażenie, że Pratchett jakby poważnieje, jakby mu mniej do śmiechu. Coraz bardziej skłania się w stronę moralizowania, kosztem rozśmieszania. To nie jest złe, chociaż trafia się trochę prawd objawionych już ze sto razy przez innych "wieszczów", które scenografia groteskowo-fantastyczna dobrze maskuje i dodaje im świeżości. To jest tylko inne. Mniej kabaretowe. Owszem, wcześniej Pratchett też pisał takie mało śmieszne kryminałki czy psychologizował sobie na dobrze udeptanym wcześniej gruncie. Ale mam wrażenie, że to jakby gęstnieje, że jest tego typu pisania u niego coraz więcej. Nie wiem, czy tego po Pratchetcie oczekuję.

Chyba że następna część będzie znowu o magu Rincewindzie. I znowu będę spadać z krzesła ze śmiechu. Czego i Państwu życzę.

Nie piszę, że polecam, bo to się rozumie samo przez się. Dla fanów Pratchetta - pozycja obowiązkowa. Ale zaczynać przygody z pisarzem od tej właśnie pozycji raczej bym nie doradzał.

[Terry Pratchett, "Na glinianych nogach", Prószyński i S-ka, kiedy wydana - diabli wiedzą, bo wydawca podać nie raczył]

do góry

Chiny z wyobraźni i tęsknoty

[Gao Xingjian, Góra duszy]

26 sierpnia 2004, BiblioNetka

Tak naprawdę zaintrygował mnie w tej książce fakt, że jakoś przegapiłem literackiego Nobla dla Gao Xingjiana w roku 2000. A lubię wiedzieć, kogo i za co Akademia w tej dziedzinie nagradza.

Gao Xingjian urodził się w Chinach, w 1940 roku. Ukończył romanistykę w pekińskim Instytucie Języków Obcych. Do 47 roku życia mieszkał i tworzył w Chinach. Tam zdobył rozgłos dzięki eksperymentalnym dramatom i prozie, sprzecznym z obowiązującymi wytycznymi Komunistycznej Partii Chin. Ale były już lata osiemdziesiąte, odwilż w krajach socrealu zajrzała i tam, przeminęła rewolucja kulturalna. Nie czekało więc na niego więzienie ani resocjalizacja przez pracę po kolana w wodzie na polach ryżowych lub w kopalni uranu. Zamiast tego pozwolono mu wyjechać. W 1987 r. Gao Xingjian przyjechał do Europy, dzięki stypendium DAAD. Nie jest to więc Chińczyk importowany na potrzeby Nobla w ramach poprawności politycznej, ten pisarz ma silne korzenie w swoim kraju. Dlatego jego proza jest tak egzotycznie niezwykła - i prawdziwa. Ostatecznie zamieszkał w Paryżu, gdzie uzyskał obywatelstwo francuskie. Jest także malarzem.

Z recenzji i omówień jego twórczości wyczytałem o eksperymentach, o wielopłaszczyznowej prozie, i jak zwykle w takim wypadku miałem napad literackiego masochizmu. Będę się ambitnie katował, a co, pomyślałem - i tak się stało.

No i, muszę szczerze powiedzieć, mimo wielokrotnego zaciskania zębów i dymienia z uszu - nie żałuję. To rzeczywiście trudna proza. W pierwszej chwili, zaczynając czytać, pomyślałem o kimś, kto wybierałby się do Chin, że może to właśnie byłaby lektura dla niego. Tyle tam plastyki (malarstwo się kłania) wypełnionej autentycznym życiem. Ale chyba nie - raczej skorzystałby więcej, czytając ją po powrocie. Bo powieść "Góra Duszy" jest co prawda pełna żywych opisów Chin - krajobrazów, ludzi, rzeczywistości... Lecz miałem niejednokrotnie z tym kłopot, podświadomie czując piękno opisywanego landszaftu, nie mogąc go sobie jednak prawdziwie wyobrazić. Tak był obcy.

Książka jest trudna, bo Gao Xingjian bawi się formą, pisząc raz w pierwszej, raz w drugiej, a czasami nawet w trzeciej osobie. I w każdej z tych form jest to jakby oddzielna powieść. Te opowieści zazębiają się tylko dlatego, że gdzieś tam w środku autor raczył o tym poinformować skatowanego czytelnika, mącąc mu przy okazji w głowie informacją, że od osoby narracji zależy, czy opowieści są sprawozdaniem z rzeczywistej wędrówki po Chinach, czy też projekcją marzeń i wyobraźni. W dodatku, mam wrażenie, informacją nie do końca prawdziwą.

Książkę autor pisał parę lat, trochę w Chinach, trochę na emigracji, i to da się odczuć. Są fragmenty, gdzie w treści i sposobie narracji wyraźnie daje się wyczuć oddalenie i pisanie z wyobraźni i tęsknoty. Te fragmenty były dla mnie paradoksalnie łatwiejsze, bo byłem jako czytelnik w takiej samej sytuacji: zdany na wyobraźnię. Tam, gdzie autor pisał "z natury" - często musialem się poddać. Nie potrafiłem wyobrazić sobie krajobrazu, którego nie widziałem nawet na filmie.

Mimo to z książki, poza egzystencjalnymi dylematami konfliktu na linii jednostka - zbiorowość, które akurat w tamtych stronach są konfliktem aktualnym i odwiecznym, wyziera kawał rzetelnego wizerunku cywilizacji, o jakiej my, Europejczycy, nie mamy pojęcia. Ta ciągłość historii, ta jednakowa aktualność faktów sprzed 2 i 2000 lat, drzewa genealogiczne pielęgnowane przez stulecia i brutalnie zniszczone przez rewolucję kulturalną... W ogóle - my tu nie zdajemy sobie sprawy, jak bolesna i tragiczna dla takiego ciągłego, nieprzerwanego świata była maoistowska rewolucja kulturalna, która pozbawiła to zakorzenione w pradawnej historii społeczeństwo - historii właśnie. I to zarówno tej wielkiej, przez duże H, jak i tej małej, jednostkowej, osobistej.

"Góra duszy" to powieść dla osób lubiących wyzwania: językowe, formalne, etniczne. Jeśli to was nie przestrasza - przed wami kopalnia przeżyć intelektualnych.

do góry

Z przewagą nudy

[Henry N. Beard, Douglas C. Kenney, Nuda Pierścieni]

10 września 2004, BiblioNetka


Uwielbiam parodie. Wolę dobry pastisz od oryginału. Dlatego cytat z "Harvard Daily News" na ostatniej stronie okładki: "Arcydzieło komizmu... Genialna parodia słynnej trylogii J.R.R. Tolkiena "Władca Pierścieni", błyskotliwa i całkowicie pozbawiona szacunku... "Paragraf 22" dla miłośników fantasy", wraz z przeczytanymi naprędce wyrywkami ze środka sprawiły, że wziąłem się za "Nudę Pierścieni" Bearda i Kenneya. Autorów co prawda znam bardzo pobieżnie i bardziej ze słyszenia, i nawet Google nie pomógł mi w stworzeniu jakiejś ich notki biograficznej, ale co tam, każdy bestseller był kiedyś niczym, każdy autorytet - nowicjuszem. Może powinno mnie zastanowić, że cytowane zachwyty pochodzą z prowincjonalnego dziennika, a jedynym świadectwem jego renomy jest fakt, że w tym miasteczku jest przyzwoity uniwersytet, co wcale nie gwarantuje jakości wydawanego tam pisemka, a zwłaszcza jego analiz literackich...

Poczucie humoru to rzecz bardzo subiektywna. Prawie każdy ma inne, czasem wręcz biegunowo. Dlatego to, co myślę o omawianej książce, jest obrazem mojego poczucia humoru i broń Boże nie mam zamiaru dyskredytować tych, którym się "Nuda Pierścieni" podobała. Bo mnie się nie podobała. Bardzo. Pomysł na powieść opartą na wykpieniu i sparodiowaniu klasyka jest kuszący i wygląda na samograj. I przez to właśnie, przez taką pozorną łatwość tematu, stanowi piekielnie niebezpieczną pułapkę dla prześmiewców. Bo dobrą parodię trzeba umieć napisać. To jest finezja i poezja. To ma być tak, że człowiek zaczyna się śmiać dopiero dziesięć sekund po przeczytaniu jakiejś prześmiewczej transformacji. Ale za to potem nie może przestać. Panowie autorzy, B&K, poszli inną drogą. Po prostu pozamieniali oryginalne imiona i nazwy na śmieszniejsze, niekoniecznie związane z treścią tekstu (typu Bilbo - Dildo, Frodo - Frito, orki - norki, Gandalf Szary - Goodgulf Szarozębny i tak dalej w tym guście), dołożyli trochę nonsensownych gagów w stylu z filmów z Leslie Nielsenem i dużo grubego śmichu z, uczciwszy uszy, pierdzenia.

Są ludzie, których niemożebnie śmieszy, jak ktoś się wywali, najlepiej w błoto albo dziobem w tort. "Nuda Pierścieni" to taki typ humoru. Ale to nawet mogłoby być. Tylko niechże niesie w sobie jakąś myśl przewodnią, niech z czegoś wynika. Niech te kretyńskie przeinaczenia nazw, imion i określeń mają jakieś uzasadnienie. Nie - masz, czytelniku, śmiać się z samego przedniego pomysłu nazwania Sama Spamem. Czemu nie Sramem? Byłoby jeszcze śmieszniej.

Muszę być sprawiedliwy. Jest w tej książce kilka dobrych pomysłów. Nie będę zdradzał jakich, bo może ktoś to lubi i się skusi. Ale liczących na kupę zabawy takiej jak na filmie "Szklanką po łapkach" czy "Naga broń", do czego, moim zdaniem, ze względu na rodzaj humoru ta książka pretenduje, przestrzegam: rozczarują się. Przy największej dozie dobrej woli, udało mi się ciurkiem doczytać do 45 strony. Resztę przeczytałem tylko dlatego, że staram się nie zostawiać za sobą rzeczy nie skończonych. Czytałem, wydając z siebie od czasu do czasu ponure: hyhy.

Z treści powieści wynika, że autorzy mają dużo dobrego samopoczucia w stosunku do swego dzieła. Ja go nie podzielam. Spotkałem też opinie, że to takie weekendowe czytadło. Moim zdaniem szkoda weekendu. Lepiej iść na spacer.

[H.N. Beard, D.C. Kenney "Nuda Pierścieni", tłum. A. Królicki, wyd.: Zysk i S-ka, 2001 r.]

do góry

Kryzys środka historii ?

[Andrzej Sapkowski, Boży bojownicy]


18 października 2004, BiblioNetka

Czekałem na tę książkę, jak na rzadko którą. Bo dał też Sapkowski swoim fanom do wiwatu, trzymając ich w niepewności chyba ze dwa lata i przesuwając termin wydania "Bożych bojowników" z kwartału na kwartał. No i w końcu wyszła. I teraz nie wiem, czy moje mieszane uczucia po zakończeniu lektury związane są z przenoszeniem tego dziecięcia, co wiąże się z nadmiernie wybujałymi oczekiwaniami, czy też obiektywnie moje zastrzeżenia byłyby takie same, gdyby kontynuacja "Narrenturmu" wyszła w normalnym, przyzwoitym czasie.

Wiem, że narażę się miłośnikom Sapkowskiego, ponieważ już czytałem na temat "Bożych bojowników" różne peany. Ale mam prawo, bo "Narrenturm" mnie zachwycił i piałem na jego temat wbrew zastrzeżeniom niektórych. To teraz mam prawo napisać coś "na abarot".

"Boży bojownicy" to kontynuacja wydanej wcześniej powieści "Narrenturm", druga część trylogii fantastycznej, osadzonej w realiach czasów wojen husyckich. To historyczne tło traktowane jest dość umownie, a precyzja realiów raczej nieprzesadna. Trylogia traktuje o przygodach Reinmara z Bielawy, przez przyjaciół zwanego Reynevanem - humanisty, lekarza i czarownika, rzuconego w wir krwawych wydarzeń, raczej niesionego z prądem tych wydarzeń, niż wpływającego na ich bieg.

Konwencja, jaką przyjął Sapkowski: traktowania historii jako cienkiej przykrywki współczesności, zarówno w sferze wydarzeń, jak i metody narracji, jest dobra, gdy całość jest pisana z przymrużeniem oka, z tzw. jajem. Taki był "Narrenturm" i mimo swych niedoskonałości, niekonsekwencji i paru jeszcze innych "ale", bardzo mi się podobał. W końcu, od takiego np. Pratchetta też nikt nie wymaga konsekwencji i precyzji historycznej.

Otóż "Boży bojownicy" utracili moim zdaniem ten najważniejszy element, dla którego tak na tę książkę czekałem: przymrużenie oka właśnie. Właściwie Sapkowski nawet stara się je mrużyć, ale wygląda to nie jak puszczone do mnie oczko, tylko jakby mu coś do tego oka wpadło. Konsekwencją jest przede wszystkim to, że o ile poprzednio Reynevan i kompania byli tą stroną, za której powodzenie trzyma się kciuki, to obecnie być nią przestali! Zauważyłem to gdzieś w połowie książki: zaczęło mi wisieć, czy im się uda, czy nie, bo strona, po której stoją, wcale nie zachęca do identyfikacji. Ba, w zapale pokazywania realizmu Sapkowski zapędził się tak daleko, że przyjąwszy umownie, iż papiści są "be" z definicji - co jest powszechnie i wszystkim wiadome - skupił się na zbrodniach husytów, żeby broń Boże nie wystawić im laurki. I wyszło tak, że łapałem się na kibicowaniu Pomurnikowi! Bo jak mogę zidentyfikować się z facetem, który bezkrytycznie i fanatycznie wyznaje idee, które leżą u źródeł takiego terroru, jaki spadkobiercy Husa fundowali Śląskowi i okolicom?

Technicznie powieść napisana jest nieźle. Czyta się gładko, jednym tchem. Ale przy braku lekkości, spowodowanym eliminacją sytuacji i dialogów komicznych, raziła mnie maniera współczesnych wtrętów, zarówno językowych, jak i sytuacyjnych.

Nie będę tu analizował niekonsekwencji i błędów pisarza w budowie sylwetki głównego bohatera - niech każdy to sprawdzi sam. W moim odczuciu poszło to bowiem w jakimś nieokreślonym kierunku, całkiem odmiennym od tego, jakiego po przeczytaniu "Narrenturmu" oczekiwałem w "Bożych Bojownikach". W każdym razie mam wrażenie, że albo Sapkowskiemu temat się znudził, albo na skutek upływu czasu zgubił pierwotny zamysł. Wyszedł mu całkiem inny Reynevan niż ten, który bawił mnie poprzednio.

W efekcie "Boży bojownicy" okazują się pozycją, którą warto przeczytać, ale cudów po niej sobie nie obiecujcie. Mnie, po genialnym "Narrenturmie", sprowadził Sapkowski na ziemię. No, chyba że to tylko kryzys środka historii i jej zakończenie pozwoli zapomnieć o tych wszystkich zastrzeżeniach, a "Boży bojownicy" będą tylko powieścią, która musiała powstać, żeby dało się powiązać w całość część pierwszą i trzecią. Oby tak było.

do góry


Powrót do strony głównej



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.